Z blisko 100 tysięcy publicznych aparatów pozostały już niedobitki. Z reguły można je jeszcze znaleźć w szpitalach czy zakładach karnych. Typowych budek telefonicznych jest jeszcze mniej. W stolicy czynna jest tylko jedna. Podobnie jest w większości dużych polskich miast. – Łącznie w całym kraju mamy obecnie ok. 4200 aparatów. W przyszłym roku zdemontujemy wszystkie – zapowiada Wojciech Jabczyński, rzecznik prasowy Orange. Za decyzją operatora stoją liczby. Jeszcze kilkanaście lat temu w całym kraju funkcjonowało ponad 95 tys. aparatów. Polacy korzystali z nich chętnie i często. W skali roku liczba przegadanych minut liczona była w setkach milionów.  

Po drugiej stronie lustra

– Gdy w latach 80. przebywałem na emigracji we Francji, budka telefoniczna stała się dla mnie takim symbolem jedynej łączności z krajem po wprowadzeniu stanu wojennego – opowiada artysta Henryk Laskowski, w którego malarstwie motyw budki telefonicznej pojawiał się w tamtych czasach dość często. Budka jako łącznik między dwoma światami występuje też w popkulturze. Często pełni funkcję lustra z „Alicji w Krainie Czarów”, tak jak w Harrym Potterze, gdzie jest bramą, przez którą ze świata mugoli można było przedostać się do Hogwartu. W Matrixie przenosi bohaterów z wirtualnego świata do szarej rzeczywistości. W polskiej kinematografii budka żadnych magicznych atrybutów nie ma. Przeciwnie, jest często dopełnieniem obrazu beznadziei, jak choćby w słynnej scenie z filmu „Nic śmiesznego”. Grany przez Cezarego Pazurę Adaś Miauczyński, próbuje w niej, stojąc na deszczu i wietrze, schylając się do zbyt nisko zamontowanego aparatu i zawieszonej na zbyt krótkim kablu słuchawki, namówić do roli w swoim filmie znanego aktora – siedzącego w wygodnym fotelu, szczęśliwego posiadacza telefonu.


Ale budki miały też zalety. Jedną z nich była anonimowość. – Można było bezkarnie zadzwonić na milicję i trochę ich zwymyślać. Każdy, kto – tak jak ja – dorastał w PRL-u, ma na swoim koncie podobne wygłupy – wspomina Remigiusz Sikora, fotoreporter, który w latach 90. rozpoczął współpracę z Polską Agencją Prasową. – Z reguły dostawałem na pager informację w stylu: „skontaktuj się z redakcją”. W domu nie było telefonu, więc musiałem szukać budki. A tu albo urwana słuchawka albo opluta. Szczytem była sytuacja, gdy zdesperowany pobiegłem w miejsce, gdzie było sześć kabin i w żadnej nie było sprawnego aparatu.

Wraz z upowszechnieniem telefonów skończyły się tego typu kłopoty, skończyły się też niestety lata świetności budek telefonicznych zarówno w Polsce, jak i na całym świecie. O likwidacji publicznych automatów w budkach zadecydował już Nowy Jork, gdzie zastąpią je stanowiska z darmowym Internetem. W podobnej formule przetrwa nierozerwalnie kojarzona z Wielką Brytanią czerwona kabina telefoniczna. Obok czarnej taksówki i czerwonego piętrowego autobusu jest to przecież jeden z najsłynniejszych symboli tego kraju i jednocześnie popularny motyw popkultury. 


W Internecie, na portalach aukcyjnych, wybór gadżetów i przedmiotów w kształcie czerwonej budki jest naprawdę bardzo duży – od skarbonek, kubków, koszulek, po plakaty, obrazy czy ramki do zdjęć. Znaleźć można zarówno spinki do mankietów, jak i dużo większe gabaryty, np. witrynę sklepową czy szafkę na wina. 

Historia

Ojczyzną telefonicznej budki jest Wielka Brytania. Pierwsza stanęła 105 lat temu przed budynkiem Staple Inn przy High Holborn Street. W Polsce pojawiły się dużo później, najpierw w Warszawie. Na początku były to po prostu montowane w bankach i urzędach pocztowych aparaty telefoniczne. Jedna z najstarszych budek w Polsce znajduje się w Muzeum Poczty i Telekomunikacji we Wrocławiu. – To model z lat 20. i 30. Budka stała w budynku sądu w Jeleniej Górze, skąd trafiła do naszego muzeum. Jest drewniana, ma małe podłużne okienko, przez co przypomina trochę windę, oraz grube ściany, które izolowały rozmówcę od ulicznego hałasu. Wchodząc do środka stawało się na dźwignię, która zapalała światło – mówi Agata Matyschok-Nycowska z wrocławskiego muzeum. 

Klasyczne wolnostojące budki trafiły na polskie ulice dopiero na początku lat 60. – Były one wśród mieszkańców wielką sensacją. Niektórzy ustawiali się w kolejkę do nich tylko po to, by zadzwonić i powiedzieć, że dzwonią z budki – dodaje Agata Matyschok-Nycowska. Z czasem budki oczywiście spowszedniały, choć nadal były obiektem niezwykle pożądanym, zwłaszcza, że na własny telefon czekało się w Polsce latami. Doskonale oddaje to scena z filmu „Miś” Stanisława Barei, w której grany przez Bronisława Pawlika pracownik klubu Tęcza na gwałt szuka sprawnego aparatu, by – zgodnie z poleceniem Ochódzkiego – wykonać telefon z budki o określonej porze. Nerwowe poszukiwania kończą się w aptece, gdzie w kolejce czeka... ponad 100 osób! Znajdziemy tu wszystko, z czym telekomunikacja epoki PRL-u się kojarzy: problemy z połączeniem, zepsute telefony, długie kolejki.

Drugie życie budki

Zimą w takiej budce – jak mówił w „Misiu” bohater Pawlika – można było zmarznąć jak pies. Z czasem, po upadku PRL-u niewiele się w tej kwestii zmieniło. – Choć słuchawka była ebonitowa, ręka potrafiła do niej przymarznąć. Mimo to wspominam z sentymentem. Pamiętam czasy liceum, kiedy dzwoniliśmy do rodziców, że wrócimy później – mówi Witold Tomaszewski, redaktor naczelny portalu www.telepolis.pl, który zamówił u Orange jeden z ostatnich aparatów. – To jest żółty Exanto na karty. Na pewno będzie fajnie wyglądał na ścianie. Ale nie chodzi tylko o oryginalny gadżet – przekonuje Witold Tomaszewski. – Myślę, że to może być ciekawe dla młodzieży. Taki aparat na ścianie może u najmłodszego pokolenia, które czasów budek telefonicznych nie pamięta, wywołać pewien dysonans i refleksję, że kiedyś nie było komórek, nie było Internetu, nawet zwykły telefon był luksusem. W komunikację międzyludzką, która jest przecież absolutną podstawą, trzeba było więc włożyć więcej wysiłku. Dlatego warto takie rzeczy zachowywać.

Ostatnia budka telefoniczna w Olsztynie. Fot. Agata Bialczak

W rodzinnym Olsztynie Witolda Tomaszewskiego, z tego samego powodu, misji ratowania ostatniej budki telefonicznej podjął się Andrzej Sadowski. – Idąc rano do pracy, widziałem, jak rozmontowują budkę. Dowiedziałem się, że to ostatnia w mieście. Pomyślałem, że jak coś jest ostatnie, to trzeba to ratować – opowiada Andrzej Sadowski, który, jak tylko odkupił od operatora budkę, uruchomił akcję jej ocalenia. Można jej przebieg śledzić na profilu na Facebooku. – Wygrał sentyment, bo to trochę taki zabytek, relikt ze starych czasów. Pamiętam, że chowaliśmy się w tych budkach przed deszczem, całowaliśmy z dziewczynami, piliśmy piwo. Dzwoniło się, używając kart magnetycznych. Wielu je kolekcjonowało, sam próbowałem, ale zbyt długo nie dałem rady – dodaje.

Karciany szał, każdy z nas ich 500 miał

Wytrwałych kolekcjonerów jednak nie brakowało. Na Allegro i innych portalach aukcyjnych dostępne są całe serie (np. z plakatami Woodstocku, znakami zodiaku, gatunkami zwierząt, itp.), ale też pojedyncze unikatowe egzemplarze. – Im niższy nakład, tym karta jest cenniejsza. Jedną z najbardziej poszukiwanych wśród kolekcjonerów jest widoczna na okładce karta z dziewczynką. Została wydana w nakładzie zaledwie 200 sztuk. Na aukcjach osiąga cenę od 400 do 500 zł – mówi Wojciech Ćwikowski, właściciel antykwariatu w Bielsko-Białej, autor jednego z dostępnych na Allegro katalogów kart. – Bardzo poszukiwane jest też pierwsze 14 kart w albumie z lat 2003–2004. Są to karty wydane z okazji pielgrzymki papieża. Są one bardzo rzadkie i przez to drogie.

Na pojedyncze karty z tej serii można trafić na portalach aukcyjnych. Najcenniejsze są te nieużywane i zachowane w dobrym stanie. – Wystawiłem na Allegro dwie karty z serii z Janem Pawłem II. Cena początkowa wynosiła 1 zł i szybko poszła w górę. Myślę, że spokojnie dojdzie do 300–400 zł – mówi Bolesław Bellon, właściciel sklepu kolekcjonerskiego w Lublinie wystawiający zbiory również na Allegro. – Ostatnio wystawiłem też kilka innych kart i muszę powiedzieć, że po kilku latach chudszych widać znów wzrost zainteresowania.


Cennych kolekcji jest wiele. Wśród nich są serie kart wydanych specjalnie na aukcje WOŚP. Każda liczyła 100 sztuk, a najwyższe ceny osiągały karty z nr 1 – nawet po kilka tysięcy złotych. Swoje karty mieli też więźniowie. Nie były one dostępne na rynku, ale nadal funkcjonują na rynku kolekcjonerskim. Poza ogólnym obiegiem funkcjonowały też karty dla szpitali, emitowane w ramach akcji „Telefon do mamy”. – Miałem chyba największy sklep z kartami w Polsce. Przyjeżdżali do mnie kolekcjonerzy z całego kraju. Ba, z całego świata. Szukali polskich kart, bo były najładniejsze – wspomina Andrzej Rogowski, który po kilku latach sprzedał swój sklep, a za pieniądze z transakcji kupił kamienicę. – Rynek kart był kiedyś nieprawdopodobny. Było sporo osób, które zajmowały się tylko tym i dorobiły się fortuny.


Czasy największej prosperity pewnie już nie wrócą. Wraz z likwidacją budek zainteresowanie kartami zapewne wzrośnie, być może także samymi aparatami i budkami. Pytanie, po co komu taka budka? Pomysły mogą być różne. – Gdy skończymy montaż, zamierzam zamontować tam kamerę, by ludzie mogli nagrywać tam wywiady, czy wspomnienia – zapowiada Andrzej Sadowski.

Nowy początek

Okazuje się, że choć decyzja o likwidacji budek zapadła i jest nieodwracalna, ich historia wcale nie musi się skończyć. Inspirację w nich znaleźli Tomasz Kapica i Paweł Ślęczka, którzy zaprojektowali biurową budkę telefoniczną. – To był projekt stworzony w odpowiedzi na konkretną potrzebę. Zadzwonił do nas nasz były szef i poprosił o zaprojektowanie dla jego firmy rozwiązania, które umożliwiłoby prowadzenie swobodnych rozmów telefonicznych tak, by z jednej strony zapewnić sobie prywatność, a z drugiej nie przeszkadzać innym. I tak to się zaczęło – wspomina Tomasz Kapica, dyr. sprzedaży IMIN Group. – Budka daje efekt zamkniętego okna. To pozwala wyeliminować tzw. efekt call center. To bardzo ważne chociażby z punktu widzenia szacunku dla naszego rozmówcy, który nie jest rozpraszany dobiegającymi z otoczenia różnymi dźwiękami – przekonuje Tomasz Kapica. 


Biurowe budki znajdują zastosowanie przede wszystkim w dużych korporacjach, gdzie bardzo często funkcjonują open space’y i miejsc do prowadzenia swobodnych rozmów brakuje. Ma je w swoich biurach Carlsberg, Onet, Elektrolux. Korzystają z nich banki, a także firmy z branży IT, których pracownicy potrzebują dużego skupienia przy programowaniu. Budka, oprócz tego, że gwarantuje intymność, jest tez bardzo wygodna. W środku znajdziemy siedzisko, pulpit, a także gniazdka: elektryczne i do Internetu. Każda kabina wyposażona jest też w automatyczne oświetlenie oraz wentylację. Nieco inne budki, w formie filcowego daszka, do rozmów w korytarzach ma w swojej siedzibie w Poznaniu Allegro. 

Fot. Archiwum autora

Joanna Żabierek

magazyn@allegro.pl

Powiązane artykuły

Niebezpieczne kobiety popkultury
Najnowszy film Patryka Vegi „Pitbull. Niebezpieczne kobiety” w ciągu 4 pierwszych dni wyświetlania obejrzało 835 000 widzów! Jednym z powodów tego sukcesu może być fakt, że reżyser tym razem postawił na kobiety. A te, szczególnie jeśli cieszą się złą sławą, przyciągają uwagę widzów jak magnes. Nawet przez kilkaset lat. Przedstawiamy sylwetki 9 kobiet, którym bycie „niebezpiecznymi” zapewniło nieśmiertelność. 
Wirtualni piłkarze – realne emocje
Piłka nożna to najpopularniejszy sport na świecie. Mistrzostwa świata, rozgrywki klubowe, liga mistrzów. Messi, Ronaldo czy Lewandowski. Camp Nou, Maracanã czy nasz Narodowy. Gwiazdy, stadiony, drużyny, wielkie pieniądze i jeszcze większe emocje. Czy da się je odtworzyć w domowym zaciszu?
Dużo światła jesienią! 
Budzisz się – ciemno. Wychodzisz do pracy – ciemno. Wracasz z pracy – znowu ciemno. A krótkie godziny jesiennego dnia spędzasz na ogół w zamkniętym pomieszczeniu. Światło to niezawodny antydepresant. Nie poddawaj się więc jesiennej melancholii i oświetl sobie drogę do dobrego humoru.
Co jeszcze może być wegańskie?
Wegańskie buty, wegańska karma dla zwierząt, a może wegański szampon? Sprawdź, jakie inne ciekawe rzeczy z „wege” w nazwie znajdziesz na Allegro.