Głęboki, brzmiący głos, nienaganna dykcja i słuszny wzrost – Piotr Machalica nie może narzekać na los, który wyposażył go we wszystkie cechy potrzebne aktorowi. I rzeczywiście, wykorzystuje to, jak tylko może. Nie ma w Polsce lepszego wykonawcy aktorskich piosenek Leonarda Cohena czy Georgesa Brassensa. Filmy i seriale bez jego ról byłyby znacznie uboższe. Wykreował na ekranie wizerunek budzącego zaufanie profesjonalisty. Bywał lekarzem, psychologiem, policjantem czy prokuratorem. Powaga i charyzma kontrastują z zamiłowaniem do żartów, poczuciem humoru i naturalnym ciepłem. Machalica rewelacyjnie wypada w rolach komediowych, zwłaszcza granych „na serio”. Tak jak w Legendach Polskich Tomasza Bagińskiego, w których wciela się w rolę bardzo „polskiego” diabła Rokity w drugiej części „Twardowsky'ego”. 

   Fot. Piotr Dłubak
Sergiusz Pinkwart: Przepraszam, przez ramię spojrzałem Panu w kalendarz…

Piotr Machalica: Nie ma sprawy.

Chyba raczej „nie ma czasu”. To wygląda jak rozpiska trasy koncertowej gwiazdy rocka. Tylko w październiku ze spektaklami i koncertami będzie Pan w Częstochowie, Warszawie, Gdańsku, Bielsku-Białej… O, jeszcze występ w Tarnowie! A w Warszawie w dwóch teatrach: Narodowym i Teatrze 6. Piętro…

W trzech, bo jeszcze w Och-Teatrze. To prawda, mam teraz dość pracowity czas. Ale tak to bywa w życiu aktora. Czasem są okresy, gdy nerwowo czeka się na jakąkolwiek pracę, a kiedy indziej nie można znaleźć w kalendarzu wolnego dnia. Ja doświadczyłem już w swoim życiu i tego, i tego.

Zdarza się Panu odmawiać?

Bywają propozycje, które mnie nie interesują. Ale jeśli coś jest ciekawe, to staram się nie odmawiać, nawet gdy realizacja takiego planu nie jest prosta. Czasem liczba kilometrów, którą muszę miesięcznie pokonać, jest tak imponująca, że naprawdę się dziwię, gdy to się udaje. Dziś mam kalendarz ustawiony na cztery–pięć miesięcy. Ale są teatry, takie jak na przykład Och-Teatr czy Teatr 6. piętro, w których wiem dokładnie, kiedy będę grał do końca 2017 roku. Dla kogoś, kto utrzymuje się tylko z tego zawodu, to naprawdę ważne, bo stabilizacja życiowa nie jest najmocniejszą stroną aktorów.

To najbardziej pracowity czas w Pana życiu?

Jestem dość zajęty, ale nie aż tak bardzo jak w latach osiemdziesiątych, gdy grałem w teatrze, w filmach i jeszcze w kabarecie „Pod Okiem”. Byłem wtedy oczywiście młody i takie intensywne życie mi nie przeszkadzało. Teraz nie muszę aż tak zasuwać.

Chyba wiem, jak Pan na to wszystko znajduje czas. Nie ma Pan Twittera, Instagrama, a fanpage na Facebooku pomaga Panu prowadzić agentka koncertowa.

Na pewne rzeczy chyba już jestem za stary. Nie wkręciłem się w osobiste prowadzenie tych wszystkich stron, bo bałem się, że to mnie z czegoś okradnie. Zabierze resztkę prywatności. Podziwiam tych aktorów, którzy sobie z tym samodzielnie dają radę, ale nie zazdroszczę i nie zamierzam się zmieniać.

W ogóle Pan nie używa Internetu?

Ależ nie, korzystam na przykład z wyszukiwarki. Nie wiem, czy mi się wypada do tego przyznać, ale gdy dostałem telefon w sprawie udziału w Legendach Polskich i padło nazwisko reżysera Tomka Bagińskiego, to musiałem go „wyguglać”, bo choć przecież wiem, że był nominowany do Oscara za animowaną „Katedrę”, to nie miałem pojęcia, że zajmuje się też reżyserią. Mój syn, który się zajmuje animacją i reklamą, delikatnie mi wytłumaczył, na czym polega fenomen Tomka.


Od lewej: Patrycja Wanat, Tomek Bagiński, Piotr Machalica, Tomasz Drabek, Marcin Dyczak, Allegro.
Pokaz prasowy „Twardowsky 2.0”.

Geniusz animacji sprawdził się jako reżyser?

I teraz cokolwiek dobrego powiem, to będzie odebrane jako podlizywanie się?

Proszę po prostu powiedzieć prawdę, jak było.

Byłem zaskoczony, jak dobrze Tomek potrafi prowadzić aktorów. Ma rzadką, ale niezwykle cenną cechę dobrych reżyserów: naprawdę wie, czego chce i bez filozofowania, w prostych słowach umie to wyrazić. Poza tym ma niezwykłą osobowość. Te kilka dni, które spędziłem na planie, było szalenie ciekawych. Zupełnie innych od tego, co robiłem do tej pory.

Co Pan ma na myśli?

Już na początku lat dziewięćdziesiątych zdarzało mi się grać na tle tzw. blueboxa, czyli niebieskiej płachty, na miejscu której w późniejszym etapie pracy nad filmem powstawało tło dodane na komputerze. Ale to było naprawdę nic w porównaniu z tym, co mieliśmy przy Legendach Polskich. Bez dokładnych wskazówek reżysera trudno byłoby cokolwiek zagrać. Zwłaszcza że nagrywaliśmy sceny do kilku filmów.

Czyli grany przez Pana diabeł Rokita pojawi się w kolejnych częściach sagi: „Operacja Bazyliszek” i „Babie Jadze”?

Chyba nie wolno odpowiedzieć na to pytanie… Proszę mi wierzyć, że łatwo się pogubić, gdy gra się w pustym pomieszczeniu. Efekt widzimy dopiero na końcu. Gdy po raz pierwszy zobaczyłem film „Twardowsky 2.0”, to naprawdę nie mogłem uwierzyć, że to nasze polskie kino.

Co tak Pana zaskoczyło?

Przede wszystkim pomysł. Fenomenalny! Ktoś, kto zna polskie baśnie i legendy, będzie miał naprawdę niezły ubaw, gdy zobaczy, w jaki sposób obszedł się z nimi Tomek Bagiński. A jeśli ktoś nie zna opowieści o Janie Twardowskim, Smoku Wawelskim czy Bazyliszku, to po obejrzeniu filmu z pewnością sięgnie po książki. Warstwa wizualna jest na najwyższym światowym poziomie, ale to, co mnie szczególnie zachwyca, to poziom poczucia humoru. Legendy Polskie są naprawdę zabawne.

Pan gra swoją rolę poważnie, a jest zarazem lekko i śmiesznie.

Komedia, a nawet farsa – typowy gatunek angielski – wymagają od aktorów powagi. Właściwie im poważniej się gra, tym lepiej. Bo powiedzmy to sobie szczerze: co nas najbardziej śmieszy? Cudze nieszczęście. Ale komedia nie cierpi błazenady. Te wszystkie miny czy papier toaletowy przylepiony do buta – to w ogóle nie jest śmieszne, a niestety czasem się zdarza, zwłaszcza wtedy, gdy aktor chce na siłę, jak to mówimy, „dołożyć do pieca”.

Kadr z planu „Twardowsky 2.0”. Od lewej: Tomasz Drabek, Piotr Machalica

Humor brytyjski jest inny?

Skecze Monty Pythona to klasyka, którą mogę oglądać na okrągło. Albo serial „’Allo, ’Allo!”. Tam znajdziemy organiczną formę i powściągliwe aktorstwo, charakterystyczne dla Brytyjczyków. A przecież to jest bardzo śmieszne.

Legendy Polskie wpisują się w ten nurt?

I to bardzo dobrze. Ale obserwuję z przyjemnością, że całe polskie kino ostatnio się wspięło na wyższy poziom. Zawsze mieliśmy doskonałych aktorów, operatorów i reżyserów, ale trochę brakowało dopracowanych scenariuszy. Teraz dorosło nowe pokolenie scenarzystów. Nagle znaleźli się ludzie, którzy potrafią opowiedzieć historie, które nas obchodzą.

A w Pana ukochanym teatrze?

Bywa różnie. Ale już parę razy w mojej karierze słyszałem, jak ktoś ogłaszał „śmierć teatru” i na szczęście nigdy to nie była prawda. Wybieramy między pokusą grania spektakli offowych dla garstki koneserów a przedstawieniami czysto komercyjnymi. To, co mnie osobiście cieszy, to zacierająca się różnica pomiędzy stolicą a „prowincją”. W małych ośrodkach można już oglądać świetne produkcje w doborowej obsadzie.

Pan jest już dziesięć lat dyrektorem artystycznym w Częstochowie.

W teatrze imienia Adama Mickiewicza.

Stawia Pan, jako dyrektor, na komedie czy ambitne dramaty?

Teatr powinien mieć repertuar zróżnicowany. Oczywiście mamy świetną farsę – „Historie łóżkowe” w reżyserii Mirosława Połatyńskiego. To naprawdę fajny spektakl, ma dużą obsadę i przez to nie możemy grać go tak często, jak byśmy chcieli. Ale mamy też współczesne sztuki, na przykład „Sprzedawców gumek”, „Efekt”,„Kredyt” czy klasykę: „Hamleta” wyreżyserowanego przez Andre Hübnera-Ochodlo. Przygotowujemy spektakl muzyczny z piosenkami Agnieszki Osieckiej, ale nie tymi najbardziej znanymi, tylko pisanymi specjalnie dla teatru, już nieco zapomnianymi, a są naprawdę wspaniałe. Jest, jak pan widzi, dużo pracy…

Fot. AKPA, materiały prasowe, Piotr Dłubak

Sergiusz Pinkwart

magazyn@allegro.pl

Powiązane artykuły

Niebezpieczne kobiety popkultury
Najnowszy film Patryka Vegi „Pitbull. Niebezpieczne kobiety” w ciągu 4 pierwszych dni wyświetlania obejrzało 835 000 widzów! Jednym z powodów tego sukcesu może być fakt, że reżyser tym razem postawił na kobiety. A te, szczególnie jeśli cieszą się złą sławą, przyciągają uwagę widzów jak magnes. Nawet przez kilkaset lat. Przedstawiamy sylwetki 9 kobiet, którym bycie „niebezpiecznymi” zapewniło nieśmiertelność. 
Wirtualni piłkarze – realne emocje
Piłka nożna to najpopularniejszy sport na świecie. Mistrzostwa świata, rozgrywki klubowe, liga mistrzów. Messi, Ronaldo czy Lewandowski. Camp Nou, Maracanã czy nasz Narodowy. Gwiazdy, stadiony, drużyny, wielkie pieniądze i jeszcze większe emocje. Czy da się je odtworzyć w domowym zaciszu?
Dużo światła jesienią! 
Budzisz się – ciemno. Wychodzisz do pracy – ciemno. Wracasz z pracy – znowu ciemno. A krótkie godziny jesiennego dnia spędzasz na ogół w zamkniętym pomieszczeniu. Światło to niezawodny antydepresant. Nie poddawaj się więc jesiennej melancholii i oświetl sobie drogę do dobrego humoru.
Co jeszcze może być wegańskie?
Wegańskie buty, wegańska karma dla zwierząt, a może wegański szampon? Sprawdź, jakie inne ciekawe rzeczy z „wege” w nazwie znajdziesz na Allegro.