Pod koniec XX wieku debiutancka „Śmierć w Breslau” oczarowała czytelników i na nowo zdefiniowała polski kryminał. Po raz pierwszy pojawił się bohater na miarę Philipa Marlowe Raymonda Chandlera – antypatyczny, grubo ciosany śledczy z przedwojennego Breslau. Wszyscy zastanawiali się, kim jest Marek Krajewski – polski autor ze zdolnością prowadzenia intrygi i sterowania emocjami czytelników niczym hollywoodzki scenarzysta. Po sześciu książkach, w których głównym bohaterem był Eberhard Mock, Krajewski przeniósł akcję swych powieści do Lwowa – miasta, którego mieszkańcy po wojnie zajmą we Wrocławiu kamienice po wygnanych Niemcach. Na ten świat patrzymy oczami komisarza Edwarda Popielskiego – drugiego z wielkich bohaterów prozy Krajewskiego. W tym roku znów wraca wrocławski śledczy w powieści „Mock”, a z nim mroczne zakamarki Breslau/Wrocławia – bo czasy przed i powojenne mocno się mieszają. A odwieczna jest tylko zbrodnia i nieuchronna kara.

Powieści Marka Krajewskiego – a wyszło ich do tej pory siedemnaście – to pozycje dla czytelników o nerwach ze stali. W przeciwieństwie do świata swoich bohaterów, Krajewski jest ujmującym rozmówcą, błyskotliwym i umiejącym słuchać. To, co może nieco deprymować, to jego namiętność do mierzenia czasu. Żyje nieustannie ze stoperem w ręku. Rozpisuje wszystkie swoje zajęcia na minuty. To drobne dziwactwo, a może metoda, która daje mu pewność, że ze wszystkim zdąży? Autor powieści kryminalnych zdradził nam tajemnicę swojego sukcesu. 


Sergiusz Pinkwart: Dziesięć lat temu zrezygnował Pan z pracy etatowej, żeby poświęcić się całkowicie pisaniu. Czy siadając do biurka, czuje Pan teraz większą presję?

Marek Krajewski: Szczerze mówiąc, nie widzę większej różnicy. Może dlatego, że zawsze marzyłem o tym, by być pisarzem i wolnym człowiekiem.

Łączenie pracy na uczelni i pisanie było aż tak trudne do pogodzenia?

Właściwie tego nie łączyłem. Przez pierwsze dziesięć lat od wydania mojej pierwszej książki pracowałem na Uniwersytecie Wrocławskim, a na pisanie poświęcałem wakacje. Byłem młodym człowiekiem i taki tryb pracy mi nie przeszkadzał. Ale los sprawił, że dość szybko osiągnąłem sukces i rezygnacja z etatu nie była aż takim ryzykiem ani wyrzeczeniem, a pozwoliła na styl życia, który mi odpowiada.

Sukces przyszedł szybko, bo czytelnicy Pana pokochali.

Miałem szczęście. W 1997 roku byłem jednym z nielicznych polskich autorów kryminałów. Tort do podziału był może niewielki, ale udało mi się z niego wykroić całkiem spory kawałek. Gdybym debiutował teraz, miałbym dużo trudniej.

Jak wygląda dziś Pana życie?

Jestem bardzo dobrze zorganizowany. Siadam przy biurku codziennie między dziesiątą a jedenastą i pracuję przez trzy godziny i czterdzieści osiem minut. Potem rozmyślam przez…

Przepraszam, pracuje Pan przez trzy godziny i…

…czterdzieści osiem minut. Dwie godziny i dwadzieścia minut poświęcam na rozmyślania. Półtorej godziny szlifuję angielski.

Jak to Pan sobie wyliczył?

Żyję z minutnikiem. Jak zapewne pan się domyśla, to nie są przypadkowe liczby. Wynikają z pewnych wyliczeń. Słyszał pan, mam nadzieję, o „złotej proporcji”? To zasada, która powstała na styku nauk humanistycznych i matematyki. Dzięki niej Grecy budowali świątynie, które do dziś zachwycają nas swoją architektoniczną harmonią. Proszę spojrzeć choćby na ateński Partenon. Zasada „złotej proporcji” czy też „złotego podziału” była również znana renesansowym artystom.

To dość ekscentryczne.

Czy ja wiem… Ważne, że to w moim przypadku bardzo dobrze działa.



Pisze Pan więcej stron dziennie, odkąd zaczął stosować tę metodę?

Nie, ale pracuję spokojniej. Są dni, gdy piszę trzy strony, są takie, gdy muza nie jest łaskawa i nakreślę tylko dwie. Ale wiem, że potem będzie lepiej i kolejnego dnia napiszę piętnaście stron. Lubię dobrą organizację. Jestem pisarzem powieści kryminalnych, nie mógłbym tego robić, gdybym nie dbał o szczegóły.

Co jest najtrudniejsze w Pana pracy?

To, by odegnać pokusę naśladowania. Zarówno innych, jak i – co chyba jest bardziej perfidne – samego siebie. Bardzo łatwo jest bezwiednie powielić dobry pomysł, który ktoś już kiedyś wykorzystał. Dlatego staram się nie czytać powieści kryminalnych innych autorów, żeby się nie zainspirować.

Układa Pan w głowie intrygę, a potem przelewa to na papier. Tak jak Mozart – bez skreśleń i poprawek?

Zdarza mi się coś poprawiać. Czasem przychodzi mi coś do głowy, na przykład chciałbym, żeby mój bohater miał kaca. Muszę więc wrócić i kazać mu coś wypić poprzedniego wieczora. Takich poprawek nie odbieram jako pisarskiej porażki.

Eberhard Mock z wrocławskiego Prezydium Policji – bohater Pana siedmiu powieści – sporo pali i pije. Skąd Pan wie, które papierosy sprzed siedemdziesięciu lat drapały w gardle albo jak smakował ówczesny bimber?

Pewne rzeczy aż tak bardzo się nie zmieniają. A ja mam pięćdziesiąt lat. I choć już od czterech lat nie palę ani nie piję, to smak papierosów i alkoholu zdążyłem poznać.

Alkohol przeszkadzał Panu w pisaniu?

Przeszkadza w życiu. Bo pisarz musi wciąż mieć czujnie nastawione swoje radary, by podchwytywać jakieś powiedzonka, zasłyszane historie, szukać pomysłów i tematów. A alkohol tłumi zmysły, zagłusza wewnętrzny głos. Nie warto się w ten sposób znieczulać…

Zwłaszcza jeśli jest się pisarzem, który utrzymuje się wyłącznie ze swoich książek. Ale Pan chyba nie musi się martwić o przyszłość. Ma Pan kontrakty podpisane na najbliższe dziesięć lat?

Nie chodzi o kontrakt, ale o moje plany, które obejmują dziesięć lat. W tym czasie będę pisał jedną książkę rocznie. No, chyba że osiągnę jakiś gigantyczny sukces i świat nagle zapragnie więcej moich powieści. Ale staram się stosować w moim życiu stoicką filozofię umiaru i raczej zakładać scenariusze lekko pesymistyczne.

Za dziesięć lat skończy Pan sześćdziesiąt lat, czyli wiek, w którym wielu pisarzy dopiero się zaczynało rozkręcać.

Ja zamierzam wówczas zakończyć karierę autora kryminałów i zabrać się za pisanie książek, które od dawna siedzą gdzieś w mojej głowie. Jeszcze pracując jako nauczyciel akademicki, chciałem napisać powieść uniwersytecką w stylu Davida Lodge’a. To gatunek bardzo popularny w kręgu literatury anglosaskiej, a niemal kompletnie nieznany w Polsce. Inny pomysł, który chodzi mi po głowie, to powieść batalistyczna o rzymskich legionach. No i historyczna opowieść o Polakach na Kremlu w latach 1610–1612.


Na razie wychodzi Pana powieść kryminalna „Mock”. W wielkim stylu wraca ulubiony bohater Pana czytelników. Czy na co dzień otacza się Pan przedmiotami z epoki, w której umiejscowił Pan swoje książki?

W naszym wrocławskim domu mamy meble z lat dwudziestych i trzydziestych, ale do tej pory nie wiązałem tego z moimi książkami. Po prostu lubię taki styl. Chociaż… Mam taką ulubioną biblioteczkę obrotową z intarsją w kształcie muszli świętego Jakuba, która „wystąpiła” kiedyś w mojej powieści.

Gdzie Pan znalazł te szafy i biblioteczki?

Żona je wypatrzyła na… Allegro.

Co za zbieg okoliczności…

No widzi Pan… Żeby oddać sprawiedliwość, muszę dodać, że kilka rzeczy kupiliśmy też w zaprzyjaźnionym antykwariacie.

Nie gromadzi Pan pamiątek z urlopów w Grecji i we Włoszech?

Jestem filologiem klasycznym, ale to nie oznacza, że muszę jeździć na wakacje nad Morze Śródziemne. Zwłaszcza że nie znoszę samolotów. Mam taką swoją samotnię w Wielkopolsce. Tam odpoczywam. Przez wiele lat jeździłem też do Darłowa.

I dlatego w powieści „Arena szczurów”, która ukazała się w zeszłym roku, tam umieścił Pan akcję?

Na spotkaniach autorskich bardzo często czytelnicy proszą, żebym napisał o ich mieście. Prawie zawsze stanowczo odmawiam. 

Dla Darłowa zrobił Pan wyjątek.

I niech tak zostanie.

Fot. Szymon Szcześniak, DB Factory 

Sergiusz Pinkwart

magazyn@allegro.pl

Powiązane artykuły