W piątek 30 listopada 2012 roku Magdalena Kostyszyn nastawiła pranie. Dwa dni później zorientowała się, że zapomniała z bębna pralki wyciągnąć mokre rzeczy. Z zimną furią usiadła do komputera i opisała to krótko na Facebooku. Podpisała się dosadnie: „Ch...owa Pani Domu”.

Wpis zrobił w mediach społecznościowych furorę. Przyjaciele, ale i obcy ludzie podawali go sobie dalej. Niektórzy współczuli, inni przypominali sobie własne „wpadki”. W świecie Internetu „Ch...owa Pani Domu” stała się symbolem normalności. Celebrowała porażki, a nie sukcesy, i była w tym szczera. Pół miliona fanów zaczęło żyć jej życiem, w rytm wrzucanych do Internetu „demotywujących” postów, które z czasem przerodziły się w pokaz kobiecej zaradności. Dziewczyny zaczęły przesyłać Magdzie swoje improwizowane „patenty” na radzenie sobie w trudnych sytuacjach. Niczym filmowy McGyver, zastępowały termiczne rękawice niemowlęcymi śpioszkami, ostrze golarki nadziewały z powodzeniem na widelec lub do romantycznej kolacji przy świecach podawały eleganckie „koreczki” z pleśniowego sera i winogron, używając zapałek, zamiast wykałaczek.


Cztery lata po pierwszym poście Ch..owej Pani Domu Magdalena Kostyszyn wydała książkę, w której niczym polska Bridget Jones pokazuje, że można być sobą i nie poddawać się społecznej presji na doskonałość. Obnaża to, co się naprawdę dzieje w głowie młodej kobiety i daje nadzieję tysiącom żon, partnerek i singielek, że życie – choć przecież niesprawiedliwe – obchodzi się z szorstką czułością równo ze wszystkimi.

Na zdjęciu: Magdalen Kostyszyn. Fot. Adrian Błachut

Sergiusz Pinkwart: Tytuł Pani książki jest mylący.

Magdalena Kostyszyn: Dlaczego?

Wcale Pani aż tak bardzo nie przeklina i prowadzi całkiem zwyczajny, normalny dom.

To prawda. Przeklinam nie bardziej niż inni i nie jestem aż tak chujowa jak byłam jeszcze parę lat temu, za moich studenckich czasów. Wtedy rzeczywiście byłam ch…

Przepraszam, proszę mi wybaczyć, nie to, że jestem jakoś specjalnie wrażliwy, ale czy moglibyśmy…

Proszę bardzo. Mogę ograniczyć się do inicjałów: ChPD, OK?

Bardzo dziękuję. Cztery lata temu założyła Pani profil na Facebooku ChPD, który polubiło, a myślę że może nawet pokochało pół miliona osób. Dziś wydaje Pani książkę pod tytułem – a jakże „Ch…owa Pani Domu”. Ale w książce znajdziemy kompletnie co innego niż w mediach społecznościowych.

Fanpage rządzi się swoimi prawami. Wrzucam tam zabawne wpadki, ale też i pomysły racjonalizatorskie przesłane mi przez czytelniczki. Książka to zbiór nigdzie niepublikowanych felietonów, które opisują nieidealne życie współczesnej kobiety.

Liczy Pani, że tytuł przyciągnie uwagę czytelników?

Boję się, że tytułowy wulgaryzm raczej odstrasza, a nie zachęca. Wielokrotnie spotykałam się z negatywnymi reakcjami. Ludzie oceniali mnie i moje życie, nie próbując nawet czytać tego, co napisałam. Od razu wiedzieli, że jestem leniwą bałaganiarą, która nie umie zająć się domem i dziećmi.


Naprawdę to ludzi razi? Co więc przyciągnęło do Pani pół miliona fanów?

Wstrzeliłam się w dobry moment. Cztery lata temu było apogeum kreacji wizerunku w mediach społecznościowych. Wszyscy wtedy ścigali się, wrzucając zdjęcia pokazujące, jak mają fantastyczne życie. Starannie dopracowywano fotografie w Photoshopie, żeby były jeszcze piękniejsze. Fotki z drogich restauracji, idealne figury, drogie ubrania. No i oczywiście mieli idealne życie, w którym wszystko się zawsze udawało. W telewizji autorytetem była „Perfekcyjna Pani Domu”. Ja byłam pierwszą dziewczyną, która przyznała się do porażki i nazwała to tak dosadnie. Okazało się, że mnóstwo ludzi ma już dosyć kultu doskonałości. „Nieidealność” stała się modna.

Nie boi się Pani, że moda na nieidealność też przeminie?

Ja się tego nie boję. Ja to wiem. I jestem pozytywnie zaskoczona, że mój fanpage wciąż się rozwija i zdobywa nowych czytelników. W ciągu tych czterech lat obserwowałam wiele spektakularnych wzrostów i upadków fanpage’y z tzw. LOL-contentem.

A ChPD wciąż ma się dobrze. Choć Pani już rzadko opisuje swoje wpadki.

Bo ja się zmieniłam, nie jestem już tak ch...

Pani Magdo…

Na fanpage’u publikuję historie czytelniczek przysyłane mi w listach i wiadomościach facebookowych. Czasami udostępniam posty innych. Chyba największą „klikalność” miał na moim fanpage’u post jednej z blogerek. Tylu ludzi to kliknęło, że jej serwery padły.

Jest Pani współwłaścicielką firmy PR zajmującej się mediami społecznościowymi i powiedziała właśnie, że na swoim fanpage’u promuje Pani innych blogerów?

Wygląda na to, że szewc bez butów chodzi. Ale ja naprawdę chciałabym, żeby profil ChPD żył własnym życiem i nie wykorzystuję tu swojej wiedzy z zakresu marketingu i PR. Zresztą czytelnicy to widzą i doceniają. Jeśli wrzucam coś, co nie jest do końca autentyczne i pachnie „ustawką”, to reagują natychmiast, i to bardzo negatywnie.

Na zdjęciu: Magdalen Kostyszyn. Fot. Adrian Błachut

Skoro tak, to może warto było pozostać autentyczną ChPD? Na serio przypalać wciąż ciasta w piekarniku, omijać wzrokiem stertę brudnych naczyń…

Ale ja musiałam się zmienić! Nie da się prowadzić firmy we własnym domu, jeśli jest tam syf i bałagan. Trzeba posprzątać, żeby się skupić na pracy. W pewnym momencie każdy musi dorosnąć. Dla mnie tym momentem granicznym było założenie własnej działalności gospodarczej. Gdy nagle okazuje się, że trzeba zapłacić ZUS, VAT i podatki, to człowiek szybko dojrzewa. Poza tym ChPD to przenośnia. Nie należy jej brać dosłownie. Każda z nas się stara jak najlepiej. Chodzi tylko o to, żeby sztucznie nie dążyć do ideału. O tym jest moja książka.

To literatura faktu?

Nie zawsze. Część opisanych tam historii zdarzyła mi się naprawdę. Ale są też opowieści inspirowane przygodami moich znajomych czy po prostu fikcyjne. To całkiem pokaźna książka. Sporo do czytania. Pisałam ją pół roku. Codziennie wstawałam wcześnie i pracowałam nad nią od szóstej rano do dziesiątej. Bez żelaznej dyscypliny nie dałabym rady. Po dziesiątej już musiałam zajmować się firmą.

Ile czasu spędza Pani codziennie przy komputerze?

Ostatnio od dziewiątej do dwudziestej. Oprócz zleceń dla klientów naszej firmy PR muszę opiekować się fanpagem ChPD. Odpisuję na komentarze, wybieram zdjęcia, piszę posty. Od ośmiu lat prowadzę też bloga venilakostis.com. Tam można mnie poznać bardziej prywatnie. Piszę o modzie, kulturze i podróżach. Czyli o tym, co mnie naprawdę interesuje.

Jak to właściwie jest z prywatnością blogera?

Na fanpage’u ChPD niewiele się można o mnie dowiedzieć. Do niedawna nie pokazywałam tam w ogóle swojej twarzy. Teraz, gdy promuję książkę, jest trochę inaczej. W końcu na okładce można zobaczyć moje zdjęcie. Na blogu jest więcej o mnie, choć też staram się nie epatować życiem prywatnym. Nie mam jeszcze dzieci, ale zastanawiałam się nad tym, czy zdecydowałabym się publikować ich zdjęcia. I jestem zdecydowanie na „nie”. Wiem, że blogerzy parentingowi to robią, ale dla mnie to jest zbyt daleko idące wkraczanie w prywatność. Publikowanie własnych fotografii jest dla mnie kontrowersyjne, a co dopiero zdjęć dzieci. Wolałabym, żeby ludzie kojarzyli mnie jako autorkę dobrej książki i ciekawego bloga.

Fani ChPD mogą być zawiedzeni.

Mówiłam, że jestem ch…

Pani Magdo…

Ilustracje: DB Factory

Sergiusz Pinkwart

magazyn@allegro.pl

Powiązane artykuły