Strach przed nieznaną, nieokiełznaną mocą jest w nas od zarania dziejów. I chyba trudno temu się dziwić. Mozolne poznawanie tajemnic natury zdarło już otoczkę magii z takich zjawisk atmosferycznych jak burze czy wstrząsy tektoniczne i fale tsunami, ale wciąż „są na niebie i ziemi rzeczy, o których nie śniło się filozofom”. Nic więc dziwnego, że co jakiś czas wzrasta fala zainteresowania ezoteryką. To naturalna kolej rzeczy, zwłaszcza gdy w kalendarzu zbliża się jakaś okrągła lub złowroga liczba. Przełom millennium był też takim impulsem. Nadchodząca zmiana 1999 na 2000 spowodowała, że częściej myśleliśmy o przyszłości, szukaliśmy odpowiedzi na nurtujące nas pytania, boom przeżywały gabinety ezoteryczne, wróżki i tarocistki. Na tym tle „Harry Potter i kamień filozoficzny”, który ukazał się w połowie 1997 roku, zachwycał bardzo powściągliwym podejściem do tematu. 

Szkocka samotna matka, która wystukała swoją pierwszą książkę na starej maszynie do pisania, wcale nie miała ambicji „odkrywania Ameryki”. Karty jej powieści zaludniają postacie znane nam z bajek, legend i literatury. Znajdziemy tam feniksa i jednorożca. Smoki i skrzaty. Dobrych czarodziejów i złych czarnoksiężników. Magiczny las, dobrotliwego olbrzyma i dzielnego małego chłopca w okularach, który musi pokonać potężne, złe moce.
Wbrew temu, co zarzucają serii książek przeciwnicy, ustawiający się na pryncypialnych stanowiskach „przeciwników sił nieczystych”, zło wcale nie jest w „Harrym Potterze” ani trywializowane, ani atrakcyjne. Zachowując proporcje, można byłoby przyznać, że jeśli ta powieść ukazałaby się tysiąc lat temu, to Voldemort zostałby nazwany Diabłem, profesor Dumbledore byłby Świętym Mężem, a Harry to Parsifal z arturiańskich legend.

Genialny pomysł J.K. Rowling polegał na tym, by odwieczną walkę dobra ze złem przenieść na grunt dobrze znany każdej brytyjskiej rodzinie – do szkoły. Każdy do szkoły chodzi, chodził lub wkrótce pójdzie. Tam spotkał (spotka) na swojej drodze nauczycieli miłych i takich, których lepiej omijać z daleka. Hogwart to w gruncie rzeczy nieco tylko „podrasowane” gimnazjum. Latanie na miotłach czy lekcje rzucania zaklęć nie są tu najważniejsze. Liczy się przyjaźń, lojalność i wartości ponadczasowe. Jest to w pewnym sensie szkoła „zawodowa”, tak jak liceum muzyczne, do którego chodziłem w Warszawie. Spotykają się więc tu dzieci z różnych klas społecznych i o rozmaitym statusie majątkowym. Trzymamy kciuki za Harry’ego, bo niczym bohater wielu bajek z naszego dzieciństwa – jest sierotą, bez wsparcia krewnych, bez pieniędzy, a koledzy z wyższych sfer nim gardzą.


Ciekawe, że w przypadku książki „Harry Potter i przeklęte dziecko” Joanne Rowling nie zdecydowała się, by powtórzyć ten zabieg, który tak dobrze zadziałał w przypadku pierwszej powieści. Syn Harry’ego zostaje przydzielony do „snobistycznego” domu Slytherin, który zyskał w powieściach pisarki mroczną sławę. Czy mimo to polubimy Albusa Severusa Pottera? Czy przyjaźń z synem demonicznego Draco Malfoya skończy się przejściem młodego Pottera na złą stronę mocy (analogii do „Gwiezdnych wojen”, które też są w jakimś sensie sagą rodzinną, znajdziemy tu dużo więcej).

Wokół powieści Joanne Rowling rozrósł się cały przemysł gadżeciarski, który szalenie irytuje jej przeciwników i konkurentów. Nie chodzi już tylko o koszulki, kubki czy nadruki na ubrania, ale także różdżki, księgi z zaklęciami, a nawet okulary spopularyzowane przez filmy, dzięki którym Harry na zawsze będzie już miał twarz Daniela Radcliffe’a. Czy księgi z wymyślonymi, pseudołacińskimi zaklęciami sprowadzą na nasze dusze zagładę niczym Dziewięcioro wrót do Królestwa Cieni, których szuka Lucas Corso w „Klubie Dumas” Arturo Péreza-Reverte?

Wydawałoby się, że nie uwierzy w to nikt, kto w młodości machał patykiem, mrucząc: „hokus-pokus”, bezskutecznie próbując zmienić kota – wylegującego się na poduszce – w lśniący, piękny model samochodu firmy Matchbox (marzenie wszystkich chłopaków urodzonych w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku). Zestawy „Małego czarodzieja”, karty do robienia iluzjonistycznych sztuczek, a nawet kapelusze, z których siedmiolatek może wyciągać pluszowe króliki na oczach zachwyconej rodziny – to wszystko efekt kuli śniegowej zapoczątkowanej publikacją pierwszych powieści o Harrym Potterze. W domach na całym świecie zaczęły powstawać małe „filie” Hogwartu, a przyszli czarodzieje pilnie wkuwali łacińskie słówka i machali różdżkami. Czy od tego wzrosła liczba satanistycznych zbrodni? Świat stoczył się w otchłań? Czy zabawy dzisiejszych czterdziestolatków były bardziej niewinne? Nie sądzę.


Za to widziałem na własne oczy kinderbal, na którym sześciolatek w sposób niezwykle zręczny pokazywał sztuki iluzjonistyczne, poprawiając na nosie okrągłe okulary Harry’ego Pottera.

– To prawdziwe czary! – pochwaliłem go, żeby zrobić mu przyjemność.
Pokręcił głową z pobłażaniem.
– No coś ty, wujku! Dałeś się nabrać! To tylko sztuczka…
A potem z całą, piękną naiwnością dziecka wytłumaczył mi dokładnie, jak plastikowy żeton z zestawu małego magika „znika” mu w dłoni.
Dałem się nabrać, jak zwyczajny mugol…

Może więc nauka czarów nie jest taka zła? Jeśli w ten sposób wychowamy pokolenie racjonalistów, którzy będą dobrze wiedzieli, że za każdym przejawem „magii” stoją zwykłe siły natury, to zmniejszy się zapotrzebowanie na „diabelskie interwencje”. Czy nie o to chodzi wszystkim, którzy są po jasnej stronie mocy?

Sergiusz Pinkwart

magazyn@allegro.pl

Powiązane artykuły

Niebezpieczne kobiety popkultury
Najnowszy film Patryka Vegi „Pitbull. Niebezpieczne kobiety” w ciągu 4 pierwszych dni wyświetlania obejrzało 835 000 widzów! Jednym z powodów tego sukcesu może być fakt, że reżyser tym razem postawił na kobiety. A te, szczególnie jeśli cieszą się złą sławą, przyciągają uwagę widzów jak magnes. Nawet przez kilkaset lat. Przedstawiamy sylwetki 9 kobiet, którym bycie „niebezpiecznymi” zapewniło nieśmiertelność. 
Wirtualni piłkarze – realne emocje
Piłka nożna to najpopularniejszy sport na świecie. Mistrzostwa świata, rozgrywki klubowe, liga mistrzów. Messi, Ronaldo czy Lewandowski. Camp Nou, Maracanã czy nasz Narodowy. Gwiazdy, stadiony, drużyny, wielkie pieniądze i jeszcze większe emocje. Czy da się je odtworzyć w domowym zaciszu?
Dużo światła jesienią! 
Budzisz się – ciemno. Wychodzisz do pracy – ciemno. Wracasz z pracy – znowu ciemno. A krótkie godziny jesiennego dnia spędzasz na ogół w zamkniętym pomieszczeniu. Światło to niezawodny antydepresant. Nie poddawaj się więc jesiennej melancholii i oświetl sobie drogę do dobrego humoru.
Co jeszcze może być wegańskie?
Wegańskie buty, wegańska karma dla zwierząt, a może wegański szampon? Sprawdź, jakie inne ciekawe rzeczy z „wege” w nazwie znajdziesz na Allegro.