co nowego
15 września 2016, 13:19

Bridget Jones 3. My już znamy jej tajemnicę!

Na ekrany kin wchodzi trzecia część przygód Bridget Jones. Helen Fielding – twórczyni postaci Bridget – ma genialne oko do portretowania rzeczywistości. Co powie o nas tym razem?

Paradoksalnie, „Bridget Jones 3” (angielski tytuł „Bridget Jones Baby”), choć najbardziej zwariowana, jest chyba też i najbliżej naszego zwykłego życia. Oglądając ten film, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że o ile w 2001 roku problemy londyńskiej trzydziestoparolatki były z naszego punktu widzenia nieco wydumane, to dziś tak bardzo zbliżyliśmy się do zachodniej rzeczywistości, że możemy się łatwiej utożsamić ze zwariowaną 43-letnią Bridget.


Helen Fielding – autorka bestsellerowych powieści, a dla brytyjskich czytelników – felietonistka „The Independent”, na łamach którego stworzyła w połowie lat dziewięćdziesiątych postać marzącej o miłości singielki, wikłającej się w beznadziejne relacje i bezskutecznie walczącej z nadwagą i uzależnieniem od alkoholu, zagrała swoim fanom na nosie. W swoich felietonach „ciągnęła” historię Bridget, „obdarzając ją” ślubem z Markiem Darcy (w wersji filmowej Colin Firth) i dzieckiem z Danielem Cleaverem (Hugh Grant). Tymczasem na ekranie zobaczymy kompletnie inną historię.


Będzie oczywiście ciąża i dziecko, ale o tym, kto jest ojcem, nie dowiemy się wcale tak prędko. W każdym razie kandydatów do tej roli Bridget nie zabraknie. Jeśli ktoś pomyślał, że taki scenariusz mogłaby mieć niezbyt ambitna operetka sprzed stu lat (jedno z tych dzieł, w których małżonkowie nie rozpoznają się na balu, bo hrabina zamieniła się ze służącą na rękawiczki), to ma rację. Ale komediowy aspekt na szczęście nigdy nie był w powieściach ani filmach o przygodach Bridget Jones najważniejszy. To, co najbardziej fascynuje i sprawia, że zamiast slapstickowej komedii dostajemy porządne filmowe danie – to bardzo wnikliwy portret społeczeństwa. 


Na początku lat dwutysięcznych Bridget „boksowała się” z mieszczańskimi uprzedzeniami brytyjskiej klasy średniej. To, co śmieszyło Anglików, nie zawsze było czytelne dla polskiego widza. Nad Tamizą kultową sceną z pierwszego filmu było świąteczne przyjęcie, na którym Mark Darcy pojawia się w dzierganym sweterku w renifery. Musiało wyrosnąć nowe pokolenie, dla którego garnitur jest nieodzownym symbolem wyższego statusu społecznego, a nie kojarzy się z szarym, komunistycznym urzędnikiem, byśmy docenili dowcip Helen Fielding i sami zaczęli się rozglądać za podobnymi świątecznymi prezentami, ocieplającymi wizerunek naszych korporacyjnych yuppies.


Zresztą zmiana klimatu jest widoczna i bardzo dobrze pokazana właśnie w „Bridget Jones 3”. Helen Fielding, autorka scenariusza, i Sharon Maguire, reżyserka filmu, trafnie sportretowały dzisiejszych mężczyzn, którzy już odbiegają od stereotypu powszechnego na początku drugiego millennium. Cynicznego narcyza, robiącego karierę w korporacji (Daniel Cleaver grany przez Hugh Granta) zastąpił wrażliwy self-made-man (Jack Qwant – Patrick Dempsey), któremu osobisty sukces nie przysłania marzeń o ciepłej miłości, a w altruizmie przewyższa go jedynie konkurent do ręki Bridget – Mark Darcy.

Kobiety już nie muszą oganiać się od lubieżnych komentarzy obleśnych szefów. 15 lat temu Bridget odbierała SMS-y od swojego zwierzchnika: „Czy twoja spódniczka ma dziś wolne?”. Ten etap mamy już za sobą. Dziś jej większym problemem jest to, że młodsza od niej i dużo bardziej bezwzględna szefowa jest kompletnie nieczuła na wdzięk. Liczą się dla niej jedynie tabelki Excella i słupki badania oglądalności. Żąda od swoich pracowników jeszcze więcej poświęcenia, taniej rozrywki dla widza, który jest kapryśny i szybko się nudzi. Nie ma żadnych oporów, by stosować wobec swoich podwładnych presję. Liczy się oglądalność, a „kot, który przypomina Hitlera” jest lepszym wabikiem niż rozmowa z gościem o ciekawej osobowości. W takim świecie żyje Bridget. I to jest, niestety, nasz dzisiejszy świat.


Świat, w którym ludzie spotykają się zbyt późno. Albo w pogoni za nieistniejącym ideałem nie zauważają prawdziwej miłości. Samotność z wyboru nie jest już czymś tragicznym. Nikt się nie dziwi, że na młodzieżowy festiwal muzyczny jadą dwie przyjaciółki – bo mają akurat na to ochotę. Bez wyrzutów sumienia zamykają się w domu i robią zakupy przez Internet. Działają społecznie i politycznie – jak dość zabawny epizod z kampanii wyborczej matki Bridget. Korzystają pełnymi garściami z możliwości samorealizacji. Ale w tym świecie jest też moment na refleksję, że być może zapędziliśmy się trochę za daleko i w sumie dobrze by było dzielić z kimś życie. Bo samorealizacja, gdy żyje się w pojedynkę, nie ma tak słodkiego smaku.

Helen Fielding to zauważyła. I dlatego w „Bridget Jones 3” zobaczymy tęsknotę za normalnością. Za mężczyzną, który potrafi zakasać rękawy, kupić kubeł farby i odmalować pokój dla swojego nienarodzonego jeszcze syna. Który weźmie na ręce i zaniesie ukochaną do szpitala. I który będzie kochał swoje dziecko, nie wnikając w to, kto jest naprawdę jego ojcem.

Do tego, że kobiety są niezależne, bez poczucia winy nawiązują relacje, również seksualne, potrafią sobie poradzić same i nie szukają na siłę mężów, którzy by się nimi zaopiekowali, już się w kinie przyzwyczailiśmy. Transformacja mężczyzn z wiecznych Piotrusiów Panów w facetów, którzy potrafią być partnerami swoich niezależnych kobiet, to coś świeżego.


Ale właśnie dlatego seria powieści i filmów o Bridget tak dobrze się sprzedaje, bo daje nam coś więcej niż tylko rozrywkę. Możemy się w powieściach Helen Fielding przejrzeć jak w lustrze. Bridget łączy w sobie – jak wiele jej podobnych Europejek – pragnienie samodzielności, równouprawnienia i decydowania o własnym życiu, z romantyczną wizją rodziny, posiadania dzieci i dojrzałego związku przypieczętowanego wymianą ślubnych obrączek. Trzymamy za nią mocno kciuki, bo tak jak chcemy, by jej sprawy wyszły na prostą, pragniemy, by i nasze życie, po burzach i rewolucjach, posklejało się w harmonijną całość.

Nieprzemijającą popularność Bridget Jones potwierdza też Urszula Malinowska z działu sprzedaży w Allegro. – Filmy o Bridget można nazwać produktem sezonowym, ponieważ ich sprzedaż rośnie w okresie świąt Bożego Narodzenia – aż o 100% w stosunku do średniej sprzedaży – oraz w okresie walentynkowym, choć tu nie jest to tak spektakularne – wyjawia Malinowska. – Książki, podobnie jak filmy, lepiej sprzedają się przed świętami, ale zainteresowanie jest też widoczne w miesiącach wakacyjnych, gdzie czytelniczki szukają czegoś lekkiego do poczytania podczas urlopu – wyjaśnia.

Czy obecna premiera spowoduje, że będziemy chcieli przypomnieć sobie wcześniejsze perypetie niesfornej trzydziestolatki? Może tak być. – Na wiosnę 2014 r. wyszła książka „Bridget Jones: Szalejąc za facetem”, która w znaczący sposób wpłynęła na zainteresowanie DVD z filmami – mówi na koniec Urszula Malinowska z Allegro.


Fot. materiały prasowe/DB Factory
Newsletter
Trwa generowanie pliku zip
0%