co nowego
27 lipca 2016, 13:39

Andrzej Sapkowski: „Ja tu rządzę!”

Cesarz polskiej fantastyki. Twórca najbardziej spektakularnego sukcesu w tej branży. Jego saga o wiedźminie jest jednym z najczęściej wyszukiwanych haseł na Allegro.pl, a ceny książek z autografem przekraczają 1100 zł. Rozmawiamy z nim jako pierwsi i jedyni po informacji, że w październiku w Columbus w stanie Ohio odbierze najbardziej prestiżową nagrodę literacką dla pisarzy fantasy – World Fantasy Award.

Z zasady nie udziela wywiadów. Dla nas robi specjalny wyjątek. Zamiast z dziennikarzami, woli rozmawiać z fanami, którzy w przypadku jego prozy często są prawdziwymi wyznawcami pisarza. Uwielbiają i książki, i autora. Łączą się w fanziny, kolekcjonują pierwsze wydania sagi o wiedźminie (można je czasem „upolować” na Allegro.pl), znają na wyrywki wszystkie teksty. Podczas spotkań autorskich potrafią nawet „zagiąć” swego mistrza znajomością detali i dialogów z jego książek. Ale Sapkowski jest też bardzo dobrze znany i ceniony za granicą. Dodatkowy wiatr w żagle jego powieściom dały doskonałe gry komputerowe oparte na wymyślonej przez niego postaci. „Wiedźmin”, czy może raczej „The Witcher” to największy polski sukces w tej branży. 

  

Na szczęście, mimo przyznania mu nagrody World Fantasy Award za całokształt twórczości, Sapkowski nie zamierza spocząć na laurach. Możemy się więc spodziewać kolejnych hitów. Jak na pisarza fantasy przystało, miłość do średniowiecza przeplata się u niego z fascynacją współczesnymi osiągnięciami techniki. Choć sam autor chętniej sięga po czytniki i tablety niż po papierowe księgi, to kolekcjonerskie wydania jego powieści są cennym trofeum dla bibliofilów szukających książek na Allegro.pl. Już we wrześniu czeka nas premiera audiobooka „Wiedźmin. Chrzest ognia”.



Sergiusz Pinkwart: Która z nagród dla pisarza jest najcenniejsza? Pierwsza czy ostatnia? 

Andrzej Sapkowski: Każda. Wliczając te przyznane pośmiertnie.

Nagrody to powód do dumy i potwierdzenie werdyktu milionów czytelników. Ale World Fantasy Award za całokształt twórczości jest podsumowaniem całego dorobku. Czy zatem budzi się przekorna chęć, by jeszcze czytelników czymś mocnym zaskoczyć?

Wiek dotychczasowych laureatów WFA w kategorii Life Achievement to przeważnie przedział 60–70 lat. Andre Norton miała 86. Były przypadki, gdy jury nie zdążyło, a pisarza nagrodzono post mortem. Zgon laureatów, jeśli następuje, to około 4–5 lat po odebraniu nagrody. Wśród wyróżnionych z ostatniego dziesięciolecia jest troje moich rówieśników: George R. R. Martin, Patricia A. McKillip i Terry Pratchett. Pratchett jednak zmarł. Ale wbrew temu budzą się we mnie rozmaite przekorne chęci. Całkiem przekorne.

W latach osiemdziesiątych, gdy tworzył Pan zręby swojego powieściowego świata, według niektórych fantastyka była dla czytelników odtrutką na mizerię i absurdy rzeczywistości chylącego się ku upadkowi komunizmu. Ale dzisiaj…

…Umówmy się, że to bzdura z tą „odtrutką na mizerię i absurdy”, bzdura wyssana z palca przez różnych postustrojowych pseudoliteraturowiedów. Miłośnicy fanastyki czytali fantastykę, bo była fantastyką, to wystarczało. Z tego samego powodu ja sam czytałem Lema w latach 50., fantastykę anglosaską w rosyjskich przekładach w latach 60. i przywożone z zagranicy oryginały w latach 80.. Bo to była fantastyka, a ja kochałem fantastykę, mizerię i absurdy za nic sobie mając. Pseudoliteraturoznawcy fantastyki jako takiej najczęściej w ogóle nieznający, wymyślili etykietki i przylepiają je z zapałem godnym lepszej sprawy. Science fiction? Odtrutka na rzeczywistość. Fantasy? Eskapizm, ucieczka od prawdziwego świata?



Na szczęście fani fantastyki na takie banialuki uwagi nie zwracają i czytają dalej. I będą czytali nadal, również, gdy jakaś nowa rzeczywistość zamieni tę naszą dzisiejszą, w której, pozwolę sobie zauważyć, mizerii i absurdów również nie brakuje. Ba, czasem obserwuję wręcz ich nadmiar.

…Ale dzisiaj świat się zmienił. Z jakimi uczuciami obserwuje się światową karierę swojego superbohatera, który w grudniu będzie obchodził trzydzieste urodziny, ale obecnie podbija świat jako The Witcher, i co chyba nieuniknione, wraz z międzynarodowym sukcesem gry komputerowej, coraz bardziej będzie oddalał się od postaci, którą Pan nakreślił w „Fantastyce w grudniu” 1986 roku?

Wiedźmin, fakt to niezaprzeczalny, zaszedł przez te 30 lat dość daleko i w różne świata zakątki zawędrował. Przekłady moich książek wyszły w ponad 20 krajach, w tym w czterech azjatyckich. Można ten fakt, zgadzam się skromnie ale w pełni, określić jako niemały międzynarodowy literacki sukces. A gra komputerowa? A jakże, w znacznym stopniu mój sukces zdyskontowała, później, gdy ów sukces już stał się faktem. Nie bardzo jednak rozumiem, jakim sposobem miałby wiedźmin oddalać się od swej postaci? W którą stronę miałby się oddalać i po co? Spokojnie, proszę się nie lękać. Wiedźmin się nie oddali. Autor, jego jedyny i wyłączny twórca, na to nie pozwoli.

Wiedźmin był mocno osadzony w słowiańskiej tradycji językowej i historycznej. Zauważył Pan nowe konteksty i cechy, które pojawiają się w tłumaczeniach pańskiej prozy na inne języki?

Tłumacze, jak to tłumacze, ciutek podokazywali z moimi tekstami, ciutek powykoślawiali, niektórzy dopuścili się poważnych nawet błędów i pomyłek, cóż, traduttore traditore (tłumacz to zdrajca: żaden przekład, tłumaczenie nie jest dokładnie wierne – przyp.red.) jak mawiają Włosi. Ale na „nowe konteksty i cechy” żaden się nie ośmielił.



Jest Pan najczęściej tłumaczonym polskim pisarzem, zaraz po Stanisławie Lemie. Bywa Pan do niego porównywany. Badacze ostatnio bardzo chętnie w twórczości Lema tropią zakamuflowane wątki autobiograficzne. Czy również w Pana prozie znajdziemy przetworzone literacko historie rodzinne?

Porównywanie mnie i Lema to rzecz karkołomnie głupia, trudno o dwóch bardziej różniących się ludzi – jako osobowości i jako pisarzy. Nic, ale to absolutnie nic mnie z Lemem nie łączy i nie łączyło. Jeśli nie liczyć tego, że na Lemie się wychowałem i dzięki Lemowi pokochałem fantastykę. Względem zaś wątków autobiograficznych to u Lema zaczęto je tropić jakieś osiem lat po śmierci pisarza. W moim przypadku godzi się zatem nieco odczekać.

Jakieś tropy już dziś?

Mogę udzielić wskazówki: nie warto tropić, szkoda zachodu. W mojej twórczości nie ma żadnych wątków autobiograficznych. Niczego, co mogłoby doprowadzić do jakichś szkieletów w szafie.

W przypadku niemal każdej większej powieści, po stronach pisanych w natchnieniu i euforii, przychodzi moment kryzysu twórczego. Są chwile zwątpienia?

Nie miewam takowych. Względem zaś „natchnień i euforii”, to są one – jeśli w ogóle są – mocno przereklamowane. Podobnie jak „kryzysy twórcze” i inne writer's blocks. Jeśli nie udaje mi się napisać niczego nowego, biorę się za poprawianie napisanego wcześniej. A jeśli pisać mi się w ogóle nie chce, to nie piszę. Rzecz ludzka. Ale na lenistwo trzeba sobie zapracować.

Pisarze to również czytelnicy. Co lubi Pan czytać?

Generalnie wszystko, od non fiction po kryminały. Poprawka: nie tykam romansów, w tym i tych o wampirach. Fantastykę czytam z obowiązku – aczkolwiek miły to bardzo obowiązek. Staram się nie przegapiać ciekawych nowości w fantastyce, a jest tego mnóstwo. Czytam z reguły w oryginale, z reguły na długo przed ukazaniem się polskiego przekładu.



Jaki jest Pana stosunek do książek w wersji elektronicznej? 

Przeważająca większość moich lektur jest elektroniczna. Czytanie z ekranu przypadło mi do gustu i jest tak wygodne, tak user friendly, że planuję całkowite zerwanie z czytaniem papieru.

Jak zatem zmieni się warsztat pisarski, gdy upowszechni się czytanie książek w wersji elektronicznej, która daje większe możliwości interaktywnego uczestnictwa w kreowaniu fabuły, czy „linkowania” do filmów, stron, map?

Postępu nie da się zatrzymać, a dokąd ów w danym przypadku zmierza, to widać. Walczyć z tym nie zamierzam. Choć lękam się, że upowszechnienie się owej „interaktywności w kreowaniu fabuły” oznaczać będzie koniec literatury jako takiej. Literatura to nie role playing game. Fabułę kreuje autor, czytelnikowi od niej wara.

W swoich książkach wykazuje się Pan ogromną wiedzą i erudycją historyczną. Dzięki temu przedstawiony świat jest tak wciągający i realistyczny. Czy kolekcjonuje Pan pamiątki historyczne?

Bez wiedzy i erudycji nie da się pisać. I nie wolno bez nich pisać. Fakt, wiele tytułów na półkach księgarskich zdaje się temu zaprzeczać, ale to tylko potwierdza regułę. Względem kolekcjonowania to przyjdzie mi rozczarować. Niczego nie kolekcjonuję. Skończyłem z kolekcjonowaniem w wieku lat dziesięciu.

Jak wygląda w praktyce research przy powieści historycznej?

Było tego dużo, i w różnym asortymencie, zwłaszcza podczas pracy nad trylogią zwaną husycką. Przekopałem mnóstwo źródeł, w tym obcojęzycznych, wliczając języki martwe. Odwiedziłem sporo miejsc, w Polsce i w Czechach. Było, co tu dużo gadać, trochę roboty.

Z czego w swoim życiu jest Pan najbardziej zadowolony?

To jeszcze, jak mi się zdaje, przede mną. To dopiero nadejdzie. Pomimo WFA Life Achievement jeszcze się nie podsumowuję.



Fot: Wojciech Koranowicz/materiały prasowe Wydawnictwo superNOWA/DB Factory
Newsletter
Trwa generowanie pliku zip
0%