na luzie
12 sierpnia 2016, 08:00

Niezwykłe dzieciństwo bez komórki

Na początku lat dziewięćdziesiątych esencję dobrej zabawy stanowił nie flagowy smartfon czy tablet, ale cała rzesza nieelektronicznych gadżetów. Jeżeli wychowywaliście się w tamtym okresie, z pewnością mieliście z nimi do czynienia. Jeśli nie, odkryjcie z nami prawdziwą frajdę.

Ach, cóż to były za czasy. Dwie dekady temu jedynymi elektronicznymi gadżetami w kieszeni dziecka czy nastolatka był zegarek z „melodyjkami”, zabawka tamagotchi, walkman lub gra elektroniczna z gatunku „9999 in 1”. Czasem jeszcze przewijały się zdalnie sterowane samochody, ale pożerały baterie tak szybko, że nie była to codzienna rozrywka. Ale pomimo to dzieciaki miały ręce pełne roboty i mnóstwo wrażeń. Jak to możliwe, że wcześniejsze pokolenia świetnie bawiły się bez cudów techniki? Oto powody...

Klik-klak

Fenomen nie tylko pokolenia lat dziewięćdziesiątych, ale także ich rodziców. Zabawka, która obijała nadgarstki co drugiego dzieciaka na szkolnej przerwie i wywoływała napady szału wśród nauczycieli, którzy nie mogli znieść łoskotu odbijania się od siebie dwóch plastikowych lub drewnianych kulek. Celem zabawy było uderzać dostatecznie długo kulkami o siebie, robiąc sobie przy tym jak najmniejszą krzywdę. Nawet jeżeli z perspektywy czasu zabawa wydaje się absolutnie bez sensu, to i tak klik-klaki wciąż można za grosze kupić na Allegro.



Karty z postaciami/sportowcami

Na początku lat dziewięćdziesiątych karty można było znaleźć wszędzie: w chipsach były tazosy, w gumach do żucia komiksy oraz zdjęcia samochodów, a w kioskach karty z piłkarzami oraz koszykarzami. W jednym kącie szkoły ktoś wymieniał się Pokemonami nadrukowanymi na kawałek plastiku, w drugim ktoś przewracał swój klaser wypełniony kolorowymi karteczkami z wizerunkami kotów, postaci z bajek czy celebrytów. Każdy coś zbierał i tym handlował, ale zawsze komuś czegoś brakowało. Podczas takiej wymiany nawiązała się niejedna znajomość.



Jojo

Jeżeli potrafiłeś wywijać triki jojo, to byłeś gość. Kult jojo przyszedł nagle, a wszyscy owczym pędem podchwycili modę i męczyli rodziców lub rozbijali skarbonki dla drogiego kawałka plastiku na sznurku. Najlepiej takiego, które mrugało kolorami i miało łożyska pozwalające robić wyrzuty zatrzymujące jojo w miejscu. Każdy trik miał swoją nazwę, do dziś nie wiem, czy oficjalną, czy wymyśloną lokalnie, ale „winda” i „kołyska” były absolutną podstawą, by ktoś na ciebie zwrócił uwagę. Zabawka jest w dalszym ciągu popularna i choć już dawno nie odnosi takich sukcesów na korytarzach szkół, to sprzedaje się w Internecie. Porządne jojo potrafi kosztować nawet ponad 100 zł.



Świecące buty

Nie da się ukryć, że lans był jedynym celem zakupu butów ze światełkiem. Dzięki nim w podstawówce mogłeś mieć tyle samo fanów, co i zazdrosnych wrogów. Świecące buty najlepiej wypromować można było pozą – „och, przecież to nic takiego”. Okazuje się, że moda wraca z powrotem do łask. Tym razem buty zamiast mizernej lampki mają podświetlenie LED całej podeszwy, a w Internecie jest mnóstwo filmów je promujących. Dostępne są także na Allegro.



Klocki Lego

Światowy fenomen, którego doświadczyło niemalże każde polskie dziecko wychowane w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, to klocki Lego. Z początku trudno dostępne w Polsce, będące niemal towarem luksusowym, były marzeniem każdego, niezależnie od płci czy wieku. Każdy zestaw Lego to oddzielny wycinek danej tematyki, co sprawiało, że niezależnie, czy woleliśmy statki kosmiczne, czy piratów, można było je połączyć i stworzyć własny chwilowy świat, a potem po nim posprzątać i iść na obiad. Ci starsi uwielbiali zestawy Technic, które były znacznie bardziej skomplikowane do złożenia i miały więcej „nieklockowych” części stanowiących zazwyczaj elementy jakiegoś mechanizmu. Dzięki temu można było składać zaawansowane pojazdy, np. z układem kierowniczym. Obecnie Lego kojarzy się dzieciakom bardziej z grami komputerowymi niż fizycznymi klockami. Był to zdecydowanie dobry ruch ze strony firmy, która od prawie dwudziestu lat jest związana z elektroniczną rozgrywką, a kolejne produkcje na licencji Lego trzymają coraz wyższy poziom. Idąc z duchem czasu, mają szansę na zyskanie wielu młodych klientów, których trudno oderwać od komputera.



Kostka Rubika

Kostka Rubika – najlepiej sprzedająca się zabawka świata, wynaleziona w 1974 roku przez węgierskiego rzeźbiarza i profesora architektury Ernö Rubika, który 13 lipca obchodził swoje 72. urodziny. Mimo że jemu pierwsze ułożenie kostki zajęło miesiąc, dziś rekordzistom udaje się tego dokonać w ciągu kilku sekund. Speedcubing, czyli układanie kostki na czas, jest profesjonalnym sportem i ma polskie, europejskie oraz światowe mistrzostwa. By w miarę szybko ułożyć kostkę, musimy się nauczyć paru prostych algorytmów, ale dawniej nikt nie miał pojęcia, że takie sztuczki istnieją, toteż ułożenie chociażby jednej ściany należało do wyczynów. Oryginalna kostka, sygnowana nazwiskiem Rubika, kosztuje obecnie około 35 zł, natomiast profesjonaliści używają do ćwiczeń znacznie droższych kostek, takich firm jak DaYan czy MoYu. Jeżeli jeszcze bardziej chcemy sobie utrudnić życie, zamiast wersji 3x3x3 można spróbować 4x4x4 lub większej.



Pistolet na kulki

Dziś popularne są nerf-guny, czyli zabawkowa broń wystrzeliwująca gumowe pociski. Odpowiednikiem lat dziewięćdziesiątych były pistolety na kulki, które pomimo swojej plastikowatości mogły narobić sporo szkód. Duża prędkość i obszerny magazynek to było to, co dzieciaki lubiły najbardziej. Nikt wtedy nie przejmował się maksymą „safety first” i cudem jest, że nikt nie stracił szyby ani oka.



Figurki superbohaterów

Zazwyczaj dostępne jedynie w Peweksach, chociaż i na bazarach można było kupić figurkę superbohatera czy postaci z bajki, ale zazwyczaj wyglądały karykaturalnie i rozpadały się od razu po wyjęciu z pudełka. Te markowe, „peweksowe” kosztowały małą fortunę, lecz wystarczyły na lata zabawy i w wielu domach dotrwały do następnego pokolenia. Niezależnie od tego czy figurka należała do serii Żółwi Ninja, He-Mana czy Batmana, każda z nich miała unikalne właściwości i dodatki. Raz był to miecz umieszczony w pochwie, który można było przełożyć do ręki, innym razem był to mały mechanizm pozwalający wystrzeliwać plastikowy pocisk lub poruszać rękami postaci. Zabawa na długie godziny, zwłaszcza gdy bajki z tymi postaciami leciały akurat w telewizji.




Resoraki

Każdy szanujący się chłopak miał w swojej kolekcji kilka lub kilkadziesiąt resoraków. Do najpopularniejszych należały samochodziki marki Matchbox, czyli miniaturowe wersje prawdziwych modeli. Drugą popularną firmą była Hot Wheels, która produkowała dużo resoraków opartych na prototypach i fikcyjnych modelach, przez co prezentowały się one bardziej futurystycznie. Niektórzy zapewne pamiętają Hot Wheelsy zmieniające kolor pod wpływem ciepła lub dwustronne Flippersy. Warto również wspomnieć, że niektóre serie tych resoraków miały bardzo niskie tarcie na osiach, przez co poruszały się gładko i płynnie. Z początku obie marki konkurowały ze sobą, ale dziś zarówno Matchbox, jak i Hot Wheels należą do firmy Mattel. Za oceanem są całe rzesze kolekcjonerów małych samochodzików, więc jeżeli twoja kolekcja się zachowała, być może masz jakiś rzadki i dużo warty okaz. Niestety, dla zbieraczy odpakowany resorak to bezwartościowy resorak. Ale w naszych dziecięcych oczach bezcenne były te godziny zabawy.



Newsletter
Trwa generowanie pliku zip
0%