Wznowione po 40 latach dwa tomy jego autobiografii zatytułowane „Curriculum Vitae” i „Teatr cudów” przypominają wielkiego artystę nazywanego często malarzem dziecięcych marzeń.


 

Urodziłem się w Krakowie

„Kiedy bocian, niosąc koszyczek z dzieckiem, przelatywał nad wieżami miasta, wychyliłem się i zawołałem z zachwytem: »Ach jak tu pięknie!«. Wtedy bocian upuścił mnie akurat nad domem przy ul. Szlak 53” – w taki żartobliwy sposób swoje przyjście na świat opisuje Szancer w autobiografii „Curriculum Vitae”. Zainteresowanie malarstwem przypisuje swojej ciotce Heli, która na imieniny podarowała mu „pędzelek i paletkę z farbami”, ale poważnie o zostaniu artystą zaczął myśleć dzięki lekcjom u zapomnianego już dziś malarza Leonarda Stroynowskiego. Ten wynajmował od rodziców Szancera pokój i kiedy, z powodu trudności finansowych, nie mógł spłacać czynszu, rekompensował to, udzielając lekcji 14-letniemu wtedy Janowi Marcinowi. „Leonard Stroynowski nie był świetnym malarzem, nigdy nie zdobył popularności. Był staroświeckim, ale w swoim rodzaju znakomitym pedagogiem. (...) A przede wszystkim opowiadał o swoim mistrzu, o Matejce” – wspominał swojego nauczyciela Szancer.



Wbrew woli rodziny, która nalegała, by został farmaceutą, Szancer ukończył w 1926 roku krakowską Akademię Sztuk Pięknych z oceną bardzo dobrą. „Miałem jakąś piekielnie przekorną naturę, bo w czasie wykładów na uniwersytecie rysowałem pilnie, a na Akademii Sztuk Pięknych czytałem Schopenhauera, Nietzschego i Platona" – wspominał ten okres swojego życia. Po studiach artysta przez jakiś czas mieszkał w Krakowie, gdzie podjął pracę w „Ilustrowanym Kurierze Codziennym”. Po konflikcie ze swoim przełożonym przeprowadził się do Warszawy, której pozostał wierny aż do śmierci.

W stolicy szybko wciągnął go świat kultury. Zaprzyjaźnił się z Julianem Tuwimem i Antonim Słonimskim. Wspólnie z Władysławem Broniewskim i Wandą Wasilewską pracował w zespole redakcyjnym młodzieżowego pisma „Płomyk”, a nawet – o czym mało kto wie – współtworzył pismo „Miki” na licencji Disneya. Choć po latach Szancer ten epizod swojej kariery wspomina jako „piekło”, to właśnie na łamach „Miki” po raz pierwszy ukazały się ilustrowane przez niego kanoniczne dziś „Pan Maluśkiewicz i wieloryb” Tuwima oraz „Na straganie” Brzechwy.



Rozpętało się piekło

Podczas II wojny światowej artysta współpracował z armią podziemną. W swoim mieszkaniu przechowywał konspiracyjne dokumenty, szyfry i druki. Prowadził zakład fotograficzny, na którego tyłach reprodukowano zdobyte plany. Narysował także dziesiątki karykaturalnych pocztówek i ulotek. Ponadto cały czas tworzył ilustracje do książek. Jak wspomina w „Curriculum Vitae”, okupacja to był czas wielkiej koniunktury dla autorów i rysowników. Wydawcy nie mogli publikować nowych książek, ale cały czas zamawiali je, żeby mieć co wprowadzić na rynek po wojnie. „Jedyną rozsądną lokatą (dla wydawców – przyp. aut.) stał się tak zwany portfel wydawniczy, czyli rękopisy i ilustracje przygotowane do druku. Autor stał się postacią cenną, czasem wręcz bezcenną” – pisał w swojej autobiografii Szancer. W tych realiach znakomicie odnajdywał się Jan Brzechwa, poeta i jego bliski przyjaciel, który był nie tylko zdolnym autorem, ale również niezrównanym dyplomatą. „Byłem świadkiem niejednej rozmowy z wydawcami, w której Janek prezentował swoje utwory z talentem równie błyskotliwym, jak jego wiersze. Owijał wokół palca najbardziej opornych, oczarowywał dowcipem i wychodził, niosąc w kieszeni jeszcze jedną umowę i, oczywiście, zaliczkę” – wspominał rysownik.

Szancer był uczestnikiem Powstania Warszawskiego. W komendzie głównej AK szkicował projekty plakatów z hasłem „Zwyciężymy”. Tworzył rysunki przedstawiające uczestników walk, które wykorzystywano jako ilustracje artykułów publikowanych w powstańczych gazetach. Podczas powstania stracił cały swój dobytek. Na dom, w którym mieszkał wraz żoną i córką, spadła bomba, niszcząc bezpowrotnie zarówno archiwum artysty, jak i jego bogaty księgozbiór.



Po upadku powstania Szancer trafił do Krakowa, gdzie – na początku stycznia 1945 roku – został aresztowany i wraz z innymi uczestnikami walk w stolicy osadzony w obozie przejściowym na „Prądniku”. Stamtąd miał zostać przetransportowany do Auschwitz. Jednak w ostatniej chwili decyzję zmieniono i rysownik niespodziewanie znalazł się w Makowie Podhalańskim, gdzie odzyskał wolność.

Chciałbym tutaj pracować i przyjmę każdą pracę pod warunkiem, że dostanę chleb

Po wojnie Jan Marcin Szancer na kilka lat trafił do Łodzi, gdzie dołączył do zespołu wydawnictwa „Czytelnik”. Wspólnie z Ewą Szelburg-Zarembiną, Wandą Grodzieńską i Hanną Januszewską powołał do życia pismo „Świerszczyk”. Cały czas tworzył ilustracje, w tym do niezapomnianej „Akademii Pana Kleksa”, której pierwsze wydanie ukazało się w 1946 roku. „Ta postać ogromnie przypadła mi do serca. Zresztą, wracałem do niej wielokroć razy. Brzechwa utożsamiał samego siebie z Kleksem” – pisał Szancer w „Curriculum Vitae”.

Równocześnie artysta próbował swoich sił w telewizji. W 1946 roku wspólnie z Jerzym Zarzyckim zrealizował 20-minutowy dokument „Teatr mój widzę ogromny” opowiadający o powojennej odbudowie polskiego teatru. W tym samym roku powstał również dramat Stanisława Wohla i Józefa Wyszomirskiego zatytułowany „Dwie godziny”, do którego Szancer napisał scenariusz. Żadnej z produkcji artysta nie uznawał za udaną, ale film zainteresował go na tyle, że 3 lata później zagrał niewielką rólkę w głośnym obrazie Antoniego Bohdziewicza „Za wami pójdą inni...”.



W 1949 roku rodzina Szancerów wróciła do Warszawy. Rok później artysta został mianowany profesorem warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, gdzie jego uczniami byli m.in. Bohdan Butenko, Bohdan Wróblewski i Maria Uszacka. „Szancer był świetnym pedagogiem, nie narzucał studentom swoich gustów czy upodobań, pozwalał się rozwijać. Nie chodziło mu o to, by wypuszczać twórców naśladujących jego prace. Bardzo mu się podobało, gdy ktoś miał swój własny styl” – wspominał swojego nauczyciela Bohdan Butenko.

Do telewizji zabłąkałem się przypadkiem

W 1952 roku Szancer został pierwszym w historii kierownikiem artystycznym polskiej telewizji, która wtedy nosiła nazwę Doświadczalnego Ośrodka Telewizji Warszawa. W następnych latach Szancer tworzył scenografie i kostiumy, pisał scenariusze oraz reżyserował. Współorganizował także powstanie Teatru Telewizji, który, dzięki jego zaangażowaniu, szybko wyrósł na jedną z najciekawszych scen polskich, na której „wystawiali” najlepsi ówcześni artyści: Adam Hanuszkiewicz, Konrad Swinarski i Władysław Sheybal. Swoją przygodę z telewizją Szancer zakończył w 1958 roku. „Nie żałowałem nigdy lat spędzonych w telewizji, dużo się tam nauczyłem, nie żałuję również rozstania z tą instytucją, bo jeśli kiedyż film nazywano słusznie fabryką snów, to telewizja jest na pewno fabryką bezsenności” – podsumowuje artysta ten etap swojego życia w „Teatrze cudów”.

Po odejściu z telewizji Szancer nie porzucił jednak filmu. W kolejnych latach zaprojektował kostiumy do popularnych filmów „Awantura o Basię”, „Komedianty” i „Panienka z okienka”. W tym ostatnim niewielką rólkę zagrała jego córka Małgorzata.



Jan Marcin Szancer zmarł 21 marca 1972 roku. Pozostawił po sobie ponad 240 zilustrowanych książek, a wśród nich takie arcydzieła jak „Pinokio”, „Miś Paddington”, „Przygody Tomka Sawyera” czy „O krasnoludkach i sierotce Marysi”. Choć większość z tych książek jest dostępnych w różnych wydaniach, to na Allegro zawsze największym zainteresowaniem cieszą się te z rysunkami podpisanymi charakterystyczną sygnaturą „jms”. 

– Trudno w to uwierzyć, że osoba, która miała tak wielki wpływ na wrażliwość współczesnych Polaków, pozostaje postacią prawie nieznaną. Jest to o tyle zaskakujące, że „Baśnie” Andersena, czy też liczne książki Jana Brzechwy z jego ilustracjami należą do jednych z najchętniej kupowanych na Allegro. Pozostaje mieć nadzieję, że biografia Jana Marcina Szancera zmieni ten stan rzeczy – mówi Jacek Weichert, odpowiedzialny w Allegro za kategorię Kultura i Rozrywka.




Śródtytuły są cytatami z dwutomowej autobiografii Jana Marcina Szancera „Curriculum Vitae” i „Teatr cudów” wydanych przez Oficynę Wydawniczą G&P.

Fot. DB Factory

Marcin Kamiński

magazyn@allegro.pl

Powiązane artykuły

Koenig-Specials. Wyjątkowy smak tuningu lat 80.
Lata 80. to czas, w którym pojęcie przepychu w motoryzacji było czymś nieznanym. To, czego nie odważyli się zaproponować producenci, wyjeżdżało z pracowni firm tuningowych. Firmy takie jak ABC Exclusive, AMG, Arden, Carat by Duchatelet, Gemballa, Koenig-Specials, Lorinser, Rinspeed, Sbarro, Strosek czy Treser proponowały daleko idące modyfikacje, czyniące samochody prawdziwymi dziełami sztuki, często zwielokrotniające cenę wyjściowych modeli. Poznajcie bliżej historię jednej z nich.
Święta pachną piernikami
Korzenny aromat unoszący się w całym domu, bursztynowy miód i tysiące pomysłów na dekoracje. Nadchodzi Boże Narodzenie, a więc pieczemy pierniki!
Niebezpieczne kobiety popkultury
Najnowszy film Patryka Vegi „Pitbull. Niebezpieczne kobiety” w ciągu 4 pierwszych dni wyświetlania obejrzało 835 000 widzów! Jednym z powodów tego sukcesu może być fakt, że reżyser tym razem postawił na kobiety. A te, szczególnie jeśli cieszą się złą sławą, przyciągają uwagę widzów jak magnes. Nawet przez kilkaset lat. Przedstawiamy sylwetki 9 kobiet, którym bycie „niebezpiecznymi” zapewniło nieśmiertelność. 
Wirtualni piłkarze – realne emocje
Piłka nożna to najpopularniejszy sport na świecie. Mistrzostwa świata, rozgrywki klubowe, liga mistrzów. Messi, Ronaldo czy Lewandowski. Camp Nou, Maracanã czy nasz Narodowy. Gwiazdy, stadiony, drużyny, wielkie pieniądze i jeszcze większe emocje. Czy da się je odtworzyć w domowym zaciszu?