na luzie
13 czerwca 2016, 08:00

Co powie tata?

Jedyna rzecz, jakiej nie kupi się w Internecie, to czas. Ale jeśli wszystko inne można kupić przez Internet, to zyskujemy parę godzin, które można wreszcie spędzić razem. Dzień Ojca tuż-tuż. Zapytaliśmy ojców blogerów, co sprawi im największą radość.

Tata z nosidłem czy biegnący z wózkiem albo sypiący babki w piaskownicy dziś nikogo nie dziwi. Minęły czasy ojców, którzy prawie nie uczestniczyli w życiu swoich dzieci, bo byli zbyt zajęci, ale też nie czuli takiej potrzeby. Nie tak dawno z badań wynikało, że przeciętny tata poświęcał tylko od 10 do 20 minut dziennie na zajmowanie się swoimi pociechami. Dziś ojcowie wiedzą, że nie można być tatą tylko od święta, chcą uczestniczyć w życiu dziecka, starają się więc godzić pracę zawodową, obowiązki partnerskie i rodzinne.

Zastanawiacie się, na co narzekają współcześni ojcowie? Wcale nas nie zaskoczą, bo zgodnie odpowiadają, że ich największy problem to brak czasu.

– Z dużą łatwością przeznaczamy coraz więcej dnia na sprawy zawodowe, bo przecież „deadline’y same się nie zrobią”, ale zawsze cierpią na tym nasi najbliżsi – mówi Marcin Perfuński, dziennikarz, twórca bloga supertata.tv, ojciec czterech córek: Marysi, Zosi, Weroniki i Klary. – Moja żona to zrozumie, moja mama pewnie też, ale dzieci nigdy. I nic nie zrekompensuje straconego wieczoru, który zamiast na wspólne budowanie z dzieckiem zamku z klocków Lego przeznaczę na tabelki w Excelu.

Czego ci brak?

Z Marcinem Perfuńskim zgadza się Marek, czyli Maniek, vloger prowadzący maniekRODZINKA, tata Maksia i Gabrysia, który przyznaje, że w dobie pogoni za pieniądzem brakuje mu jedynie czasu. – Tego właśnie życzyłbym sobie i innym ojcom – czasu dla swoich pociech – dodaje Maniek. 



Sergiusz Pinkwart, muzyk, podróżnik, dziennikarz, prowadzący wraz z żoną blog parentigowy Dziecko w drodze, ojciec trójki dzieci: Wilhelma, Ligii i Wiktora, dodaje: – Jedyna rzecz, jakiej nie kupi się w Internecie, to czas. Ale jeśli wszystko inne można kupić przez Internet, to zyskujemy parę godzin, które można wreszcie spędzić razem – mówi Sergiusz. 

– Przyznaję, że zbyt dużo marnuję go, czytając posty na Facebooku czy przeglądając linkowane przez znajomych artykuły. Wolałbym jednak pogadać z prawdziwymi ludźmi, wieczorem, przy kuchennym stole, zamiast dowiadywać się z ekranu monitora, komu i za co dali lajka. I jestem pewny, że dzieci mogłyby też z tego skorzystać, obserwując, jak ich „stary” gimnastykuje się intelektualnie. Gdy porównuję dzieciństwo moje i moich dzieci, to widzę jedną poważną zmianę obyczajową na niekorzyść. Moi rodzice prowadzili dom otwarty – dom to za dużo powiedziane, gnieździliśmy się w cztery osoby na 40 metrach w bloku, z tysiącami książek i fortepianem koncertowym. Kilka razy w tygodniu bywali u nas goście i wtedy można było posłuchać inteligentnych rozmów o sztuce, literaturze czy opowieści o świecie. Tego mi brakuje jako „współczesnemu ojcu”. Chciałbym konfrontować swoje poglądy z zaprzyjaźnionymi, inteligentnymi zwolennikami odmiennych teorii na dzielące Polaków sprawy polityczne. Przecież w latach 70. i 80. byliśmy również mocno podzieleni w wielu sprawach, ale potrafiliśmy ze sobą rozmawiać i szanować swoje poglądy. Za każdą mocną opinią stał żywy człowiek, a nie internetowy troll. A rozmowa nie polegała na wzajemnym obrzucaniu się memami i linkami do drastycznych tekstów pisanych przez media workerów.

Coś od serca

Konsola do gier, zegarek, perfumy czy może zwykła planszówka? My, żony, partnerki, nastoletnie dzieci, zastanawiamy się, co kupić tacie, bo on przecież też zasługuje na prezent, chwilę zabawy i odpoczynku. Młodsze dzieci po prostu mogą mu narysować laurkę i jak się okazuje, tata będzie najszczęśliwszy w świecie.



– Najlepsze prezenty to takie, w które włożyło się dużo serca. Kiedy moi synowie własnoręcznie zrobią laurki lub rysunki, to wtedy się rozpływam – mówi Maniek. – Cieszyłby mnie prezent dla całej rodziny, np. wspólne wyjście do kina, a potem do restauracji – dodaje.

– Najcenniejsza jest dla mnie uwaga mojego dziecka – mówi Marcin Perfuński. – Czasami materializuje się ona w formie spontanicznie wykonanej laurki, innym razem w postaci niespodziewanej wycieczki rowerowej, na które dziecko chce pojechać z tatą koniecznie teraz, natychmiast i sam na sam. Jeszcze przyjemniej, gdy pomoże w tym mama i np. zarezerwuje weekend w hotelu przyjaznym rodzinie albo zaklepie miejsce na spływie kajakowym rodziców z dziećmi.

– Nie czekam na prezenty – żartuje Sergiusz Pinkwart. – Zwłaszcza od dzieci. Mam nadzieję, że w zamian nie będą czekały na prezenty ode mnie na Dzień Dziecka, ale taka symetria niestety nigdy nie działa. Niedawno żona zrobiła mi fantastyczną niespodziankę – elektroniczny zegarek, który mierzy puls i pokazuje liczbę kroków i liczy spalone kalorie. Miało mnie to – w jej założeniu – zmobilizować do większej aktywności fizycznej, tymczasem okazuje się, że najbardziej wydajnym sportem jest gra na skrzypcach. Już w połowie trzeciego utworu zegarek drży z zachwytu, informując mnie, że według jego elektronicznych wyliczeń właśnie w dwadzieścia minut ukończyłem maraton... Największą frajdę na przedwczesny Dzień Ojca zrobiłem sobie sam, oczywiście zwalczając głębokie poczucie winy, że wydaję pieniądze na siebie. Kupiłem – ostatnio zakupy robię wyłącznie przez Internet – kontroler MIDI iRig PRO do komputera. I głęboko wierzę, że dzięki temu gadżetowi będę wreszcie komponował muzykę, a być może zostanę poważaną i bogatą gwiazdą muzyki biesiadnej. Tylko muszę się nauczyć obsługiwać ten przyrząd, bo miało być „plug and play”, a ja już trzeci dzień biedzę się nad tym i zastanawiam, dlaczego nie działa tak jak sobie to wyobrażałem – opowiada Pinkwart.

Radio, planszówka, śpiwór

Jakie gadżety czy książki są ważne i potrzebne współczesnym tatom? Maniek, jako wielki fan filmów science fiction, obejrzałby najnowszego „Kapitana Amerykę", a z książek poleca innym ojcom, uwielbiane przez siebie, skandynawskie kryminały.



– Muzycznie utkwiłem kilka dekad temu, samotnie słucham rocka, a z dziećmi to „Fasolek” – śmieje się. – W naszym domu najfajniejszymi gadżetami są gry, które angażują nas wszystkich, lubimy te proste – planszowe, a jeśli już na Xbox, to tylko takie, gdzie możemy nawzajem sobie dokopać, oczywiście dla zabawy – opowiada Maniek.

Sergiusz poleciłby innym tatom coś lekkiego do czytania w autobusie, samolocie czy podczas nudnych oficjalnych spotkań, najlepiej na iPada lub czytnik Kindle.

– Ja czytam rewelacyjne kryminały mojej ukochanej polskiej autorki Marty Guzowskiej – mówi Sergiusz. – Właśnie w czerwcu wydaje czwartą książkę, pt. „Chciwość”. Gdy kiedyś pracowałem jako muzyk, po powrocie do domu marzyłem tylko o chwili ciszy, a teraz słucham radia przez Internet. Marzy mi się odbiornik radiowy z zakresem DAB i radiem internetowym, bo o ile rano lubię, jak coś do mnie gada, to wieczorem nie znoszę przerywania muzyki wynurzeniami DJ-a czy prezentera. Marzę też, by mieć czas i warunki, aby posłuchać całej płyty z operą „La Traviata” z boską Anną Netrebko – wyjawia Sergiusz.

Ojcowie znajdują czas nie tylko na muzykę, książki, ale i na poprawianie kondycji. Maniek chodzi na siłownię lub chociaż krótki jogging do pobliskiego lasu. Obydwoje z żoną są fanami jednośladów. Ich pasja zaczęła się w Tajlandii, gdzie pokochali po prostu jechać przed siebie. Synowie oczywiście dzielą z nimi miłość do motocykli, więc rodzinę radują wszelkie motocyklowe gadżety potrzebne w drodze. 



Sergiusz z żoną podróżuje bardzo dużo i dlatego najważniejsze są dla niego rzeczy związane z tą ich największą pasją. – Nie pojedziemy samochodem bez bezpiecznego fotelika dla naszego trzylatka. To już jego trzeci fotelik w życiu – i spory, ale niezbędny wydatek. Musimy mieć lekki wózek dziecięcy. Wcześniej musiała to być chusta, bo nosidełko się nie sprawdziło. Dziecko w drodze lubi pooglądać bajki na tablecie, a tablet musi mieć mocowanie na zagłówku przedniego fotela – mówi Sergiusz. 

Marcin Perfuński zdecydowanie najlepsze wspomnienia czerpie z rodzinnych wyjazdów. – Mogą to być wypady poza miasto na jeden dzień, ale jeszcze intensywniej przeżywa się takie z noclegiem – mówi. – To nie musi być wypasiony hotel ze wszystkimi udogodnieniami, w pamięci zostają wyjazdy, gdzie surowe warunki zmuszają rodzinę do kombinowania i współpracy. Ostatnio pojechaliśmy w Bieszczady na weekend majowy. Miało być ciepło, a okazało się, że nocami temperatura spadała niemal do zera. Wzięliśmy farelkę, grubsze piżamy i śpiwory, spaliśmy w swetrach, myliśmy się w minutę, bo zimno... Dzieciaki do dzisiaj to wspominają z rozrzewnieniem i pytają, kiedy znowu tam pojedziemy.
Newsletter
Trwa generowanie pliku zip
0%