– Fanem SF jestem od dawna, praktycznie od czasów, kiedy nauczyłem się czytać. Wychowałem się na tym gatunku, zarówno na filmach, jak i książkach. Science fiction pozwala opowiadać historie „większe niż rzeczywistość” – mówi nam Tomasz Bagiński, reżyser Legend Polskich Allegro. – Jestem dzieckiem późnego PRL i jak wielu moich rówieśników wychowywałem się na przemycanych na kasetach VHS kopiach amerykańskich filmów. Polskie kino SF to dla mnie przede wszystkim „Seksmisja”, która pod wieloma względami jest produkcją idealną. Humor i akcja wymieszane w błyskotliwy sposób to jest mieszanka dla mnie – dodaje Bagiński. To między innymi z niej czerpałem inspiracje, przygotowując kolejne części Legend Polskich; „Smoka", „Twardowsky'ego” i ostatniej „Twardowsky'ego 2.0”. Tak też będzie przy realizacji  „Operacji Bazyliszek” oraz „Jagi”, które zobaczymy już niedługo.
 
Choć science fiction nigdy nie było w rodzimej kinematografii gatunkiem dominującym, to w czasach PRL powstało całkiem sporo filmów, w tym kilka arcydzieł. Najsłynniejszym z nich jest „Na srebrnym globie” Jerzego Żuławskiego, który kilka miesięcy temu został przez serwis Taste of Cinema wybrany najlepszą niehollywoodzką produkcją science fiction w dziejach kina. Obraz polskiego reżysera pokonał w rywalizacji „Stalkera” Andrieja Tarkowskiego, „Metropolis” Fritza Langa czy „Ghost in the Shell” Mamoru Oshii.


„Ten film jest niczym psychodeliczna układanka. Rozedrgana kamera z ręki. Nakręcone z rozmachem sceny i ciężkie kostiumy. Mocne dialogi. To dzieło niemalże idealne” – pisali w uzasadnieniu swojej decyzji redaktorzy Taste of Cinema. Czy wiedzą, że niewiele brakowało, aby ten film nigdy nie ujrzał światła dziennego?

Na srebrnym globie” jest adaptacją trylogii Jerzego Żuławskiego, stryjecznego dziadka reżysera, wydanej w po raz pierwszy latach 1903–1911. Film, którego akcja rozgrywa się w przyszłości na nieznanej planecie, jest opowieścią o wyprawie ludzi w kosmos i jej konsekwencjach. Prace nad jego realizacją Jerzy Żuławski rozpoczął w 1976 roku, ale zakończył je dopiero 12 lat później.


Film produkowano z wielkim, jak na owe czasy, rozmachem. Zdjęcia do „Na srebrnym globie” kręcono w Polsce, na Kaukazie oraz w Mongolii na pustyni Gobi. Sam reżyser wspominał jednak, że mimo nimbu superprodukcji, jaką otoczony był obraz, jego budżet nie był duży.

– To film robiony metodą chałupniczą. Nie ma w nim ani jednego triku, ani jednego efektu specjalnego, nie ma nic, co by kosztowało krocie. Wszystko było wyrzezane kozikiem w gównie – wspominał po latach Andrzej Żuławski w wywiadzie rzece z Piotrem Kletowskim i Piotrem Mareckim. Kiedy jednak ministrem kultury został Janusz Wilhelmi, produkcję obrazu w 1977 roku zawieszono. Oficjalnie z powodu przekroczenia budżetu, a nieoficjalnie dlatego że – jak wspominał sam Żuławski – po obejrzeniu nakręconego materiału minister zdał sobie sprawę, że „to jest film przeciwko ideologii, którą się rządzi PRL jako państwo i jako ustrój socjalistyczny”.

Decyzją ministra prace nad filmem, do którego nakręcono już 3/4 zdjęć, wstrzymano, a stworzone na jego potrzeby dekoracje i kostiumy w większości zniszczono. Rozpoczęła się trwająca 12 lat walka o ocalenie „Na srebrnym globie”. Dopiero w 1986 roku, dzięki wsparciu Jerzego Kawalerowicza, Andrzej Żuławski mógł powrócić do prac nad nim. Ponieważ w tzw. międzyczasie kilku aktorów zmarło, a scenografia, podobnie jak większość kostiumów, już nie istniały, reżyser uzupełnił obraz o sceny z ulic Warszawy, Krakowa i wielu innych miejsc, na tle których opowiadał z offu o brakujących sekwencjach.


Światowa premiera „Na srebrnym globie” odbyła się w 1988 roku podczas festiwalu w Cannes. – Szefowie festiwalu, goście, filmowcy przyszli tam stadnie, dlatego że panowała taka opinia, że gdyby ten film w swoim czasie był zrobiony do końca, to byłby prekursorski w stosunku do całej tej fali filmów, które koledzy, od Kubricka nie przymierzając, po Tarkowskiego, zrobili – wspominał Andrzej Żuławski.

SF made in Poland

„Na srebrnym globie” jest obrazem, który – zdaniem samego reżysera – „ma osobliwe miejsce w historii kina”. Z całą pewnością jest to najbardziej znana na świecie polska produkcja SF (w Polsce ten tytuł przypada „Seksmisji”), ale nie jedyna. Uznanie wśród międzynarodowych krytyków i nagrody na zagranicznych festiwalach zdobyły także filmy Piotra Szulkina: „Golem”, „Wojna światów – następne stulecie”, „O-Bi, O-Ba. Koniec cywilizacji” oraz „Ga, Ga. Chwała bohaterom”, a za animowaną „Katedrę” na podstawie opowiadania Jacka Dukaja Tomasz Bagiński otrzymał w 2003 roku nominację do Oscara. To produkcje, które wszyscy znają albo znać powinni. Są jednak w naszej kinematografii filmy dziś już zapomniane, a wciąż zasługujące na uwagę, bo – choć nie zawsze najwyższych lotów – z różnych powodów zasłużyły na swoje miejsce w historii. Poniżej przedstawiam wam subiektywny wybór pięciu takich produkcji.

„Milcząca gwiazda”, reż. Kurt Maetzig

Pierwszy polski film science fiction zrealizowany w koprodukcji z NRD na podstawie powieści „Astronauci” Stanisława Lema. Obraz, którego akcja rozpoczyna się w 1970 roku, opowiada o międzynarodowej wyprawie ludzi na Wenus. Jego wymowa jest jednoznacznie propagandowa, co spowodowało, że Stanisław Lew chciał nawet wycofać swoje nazwisko z jego czołówki. Sam pisarz szczerze „Milczącej gwiazdy” nienawidził, nazywając film dnem dna oraz okropną chałą, bełkotliwym socrealistycznym pasztetem. Jednak mimo upływu lat obraz Maetziga wciąż robi wrażenie niezłymi (jak na owe czasy) efektami specjalnymi, a przede wszystkim znakomitą scenografią Anatola Radzinowicza. To głównie dzięki niej film został zauważony, a potem zdubbingowany w języku angielskim i na rynku amerykańskim dystrybuowany jako produkcja pod tytułem „Planet of Death”.


„Przekładaniec”, reż. Andrzej Wajda

Zrealizowana w 1968 roku zaledwie 35-minutowa telewizyjna produkcja przez wielu krytyków uznawana jest za najlepszy polski film science-fiction. Jest to również jedyny film na podstawie twórczości Stanisława Lema, w tym przypadku opowiadania „Czy Pan istnieje Mr Jones?”, który pisarz ocenił jako udany.

Obraz jest zabawną opowieścią o nieprzewidzianych konsekwencjach transplantacji. Bohaterem „Przekładańca” jest kierowca rajdowy Richard Fox (znakomity Bogumił Kobiela), który po ciężkim wypadku zostaje uratowany dzięki przeszczepieniu mu organów brata. Kiedy jednak wdowa po tym ostatnim występuje o odszkodowanie, prawnicy proponują jej zaledwie część kwoty, argumentując, że przecież większość jej męża wciąż żyje, tylko w innym ciele.

Film został entuzjastycznie przyjęty przez widzów i krytyków nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Zdobył medal specjalny na festiwalu filmów fantastycznych i grozy w Sitges oraz doczekał się dystrybucji w większości europejskich krajów.


„Hydrozagadka”, reż. Andrzej Kondratiuk

Jedyny superbohaterski film w historii polskiego kina. Przezabawna, surrealistyczna opowieść o skromnym kreślarzu Janie Walczaku (Józef Nowak) będącym w rzeczywistości superbohaterem Asem. Kiedy w Warszawie zaczyna znikać woda, bohater wkracza do akcji, stając do walki z arcyłotrami doktorem Plamą (Zdzisław Maklakiewicz) i maharadżą Kaburu (Roman Kłosowski). Wypełniony absurdalnymi pomysłami, nieoczywistymi dowcipami i brawurowo zagrany film znakomicie oparł się próbie czasu i wciąż można oglądać go po wielokroć.


„Test pilota Pirxa”, reż. Marek Piestrak

Zrealizowana w 1979 roku w koprodukcji z ZSRR ekranizacja opowiadania Stanisława Lema „Rozprawa”. Film przedstawia wyjątkowy lot kosmiczny, którego celem było sprawdzenie, czy androidy – cieszące się na ziemi coraz większą popularnością – są w stanie zastąpić człowieka w żegludze kosmicznej.

Dziś „Test pilota Pirxa” traktowany jest przez wielu jako jedna z tych produkcji, które „ogląda się tylko dla beki”, ale niesłusznie. W swoim czasie był to film prawdziwie spektakularny i zachwycający rozmachem, a na festiwalu w Trieście zdobył główną nagrodę pokonując – uwaga, uwaga – „Obcego – ósmego pasażera Nostromo” Ridleya Scotta. Pochlebnie o „Teście pilota Pirxa” pisał branżowy dziennik „Variety”. Obraz został sprzedany do 24 krajów, a w polskich kinach obejrzało go ponad milion widzów.


„Enak”, reż. Sławomir Idziak

Dziś już praktycznie zapomniany film w reżyserii Sławomira Idziaka, operatora nominowanego w 2002 roku do Oscara za zdjęcia do głośnego „Helikoptera w ogniu”. Przewrotna opowieść o aferze, jaka wybucha w USA po tym, jak wysłany w przestrzeń kosmiczną Charles Enak odmawia powrotu do domu. Kiedy próby zdalnego sprowadzenia jego rakiety spełzają na niczym, ziemscy dziennikarze rozpoczynają śledztwo mające wyjaśnić motywy jego decyzji.

„Enak” jest w dużej mierze hołdem złożonym „Obywatelowi Kane’owi” (nazwisko głównego bohatera to wszak Kane czytane wspak). Podobnie jak Orson Welles, Idziak opowiada historię głównego protagonisty za pośrednictwem osób, które go znały, telewizyjnych wiadomości i dziennikarskich wywiadów. Mimo iż w 1992 roku obraz zdobył nagrodę na festiwalu w Gdyni, nigdy nie udało mu się przebić do szerokiej świadomości widzów. A szkoda.


Fot. fototeka.fn.org.pl

Marcin Kamiński

magazyn@allegro.pl

Powiązane artykuły

Niebezpieczne kobiety popkultury
Najnowszy film Patryka Vegi „Pitbull. Niebezpieczne kobiety” w ciągu 4 pierwszych dni wyświetlania obejrzało 835 000 widzów! Jednym z powodów tego sukcesu może być fakt, że reżyser tym razem postawił na kobiety. A te, szczególnie jeśli cieszą się złą sławą, przyciągają uwagę widzów jak magnes. Nawet przez kilkaset lat. Przedstawiamy sylwetki 9 kobiet, którym bycie „niebezpiecznymi” zapewniło nieśmiertelność. 
Wirtualni piłkarze – realne emocje
Piłka nożna to najpopularniejszy sport na świecie. Mistrzostwa świata, rozgrywki klubowe, liga mistrzów. Messi, Ronaldo czy Lewandowski. Camp Nou, Maracanã czy nasz Narodowy. Gwiazdy, stadiony, drużyny, wielkie pieniądze i jeszcze większe emocje. Czy da się je odtworzyć w domowym zaciszu?
Dużo światła jesienią! 
Budzisz się – ciemno. Wychodzisz do pracy – ciemno. Wracasz z pracy – znowu ciemno. A krótkie godziny jesiennego dnia spędzasz na ogół w zamkniętym pomieszczeniu. Światło to niezawodny antydepresant. Nie poddawaj się więc jesiennej melancholii i oświetl sobie drogę do dobrego humoru.
Co jeszcze może być wegańskie?
Wegańskie buty, wegańska karma dla zwierząt, a może wegański szampon? Sprawdź, jakie inne ciekawe rzeczy z „wege” w nazwie znajdziesz na Allegro.