Nawet takiemu maniakowi książkowemu (molem się nie nazwę) jak niżej podpisany, nie zdarza się to za często. A raczej zdarza bardzo rzadko. A mianowicie książka, która tak kompletnie zawładnie wyobraźnią, że wchodzimy całkowicie w jej świat, nie wyobrażając sobie, że może się skończyć, a kiedy niestety się kończy, czujemy się boleśnie porzuceni, jakby zostawił nas ktoś szczególnie bliski. To właśnie przypadek „Shantaram” Gregory’ego Davida Robertsa.

„Shantaram” to osiemset stron czytelniczego raju. To nagroda za setki i tysiące przeczytanych rzeczy średnich. To osiemset stron zasysającej i hipnotyzującej lektury, w trakcie której jedyne, co nam przeszkadza, to świadomość, że musi się skończyć. To zdumiewająca historia młodego Australijczyka, który porzucony przez żonę znalazł pocieszenie w heroinie. Zaczął napadać na banki (ubrany zawsze w garnitur okradał tylko ubezpieczone firmy, przez co media zwały go rabusiem dżentelmenem). Schwytany, został skazany na dwadzieścia lat. W biały dzień uciekł z więzienia i przedostał się do Indii. Ukrywał się w slumsach, gdzie leczył biedaków, był żołnierzem bombajskiej mafii, walczył z Armią Czerwoną w Afganistanie. Jakby tego było mało, jest jeszcze Karla – femme fatale, jakich mało w literaturze – i zagadka w tle.

I żeby było jasne: ten opis powyżej to żaden spoiler, nikomu nie psuję nadchodzącej frajdy. Wszystko, co napisałem, jasne jest już po pierwszej stronie, a czeka nas osiemset kolejnych.

O książce Robertsa usłyszałem po raz pierwszy jakieś 8 lat temu od mojego brata, który wówczas mieszkał w Indiach i napisał, że to jedna z lepszych rzeczy, a na pewno najbardziej wciągających o miejscu, w którym przyszło mu żyć. Już miałem kupować „Shantaram” po angielsku, kiedy okazało się, że rok wcześniej została wydana po polsku, choć dalibóg, nikt o niej nie słyszał, wliczając najbardziej zaawansowanych znawców.

Akurat jechaliśmy w kilka rodzin nad morze. Ułożyłem sobie „Shantaram” przy leżaku, ale jakoś nie mogłem zebrać się do lektury: wszak na wyciągnięcie stopy piękna zatoka, upał, a tu jako alternatywa osiemset stron drobnym drukiem. Więc skupiłem się na pływaniu i po jakimś czasie dostrzegłem, że zniknął jeden z naszej grupy, Michał. Odnalazł się w pobliskim barze, gdzie siedział bynajmniej nie ze względu na zawartość lodówki: jak się później okazało był pierwszą ofiarą z naszej paczki, która zapadła na wirusa zwanego „Shantaram”. Michał był wyjęty z ruchu przez trzy dni. Nie zamoczył nogi w wodzie, zapomniał o córkach. Potem zachorowała moja żona Ania i wreszcie ja. Nie pływałem, miksowałem się z wieczornej integracji towarzyskiej, zarywałem noce, byle czytać i czytać, dowiedzieć się, co jeszcze spotka mego bohatera w hinduskiej krainie czarów.

Po powrocie do Polski zaczęliśmy z Anią opowiadać we wszystkich możliwych mediach, w których pracowaliśmy albo do których byliśmy zapraszani, o naszym zauroczeniu nieznaną w Polsce książką. I stał się mały cud. Powieść, która rok wcześniej przeszła w Polsce bez echa, nagle wjechała na 11. miejsce listy bestsellerów. A potem wyprzedana, zniknęła. Na Allegro kosztowała 200 zł z drugiej ręki. Zaś ja miałem już trochę dość pytań od zakochanych w łotrzykowskiej historii Robertsa: „Panie Marcinie, to co teraz czytać równie wciągającego?”. No w tym problem, że nie znałem odpowiedzi, bo „Shantaram” trudno porównać do czegokolwiek, chyba że do Świętego Graala w wersji czytelniczej.

OK, jako nastolatek może utonąłem tak, kiedy pierwszy raz przeczytałem „Hrabiego Monte Christo” Aleksandra Dumas.

Chodziły wieści, że Roberts pisze dalszy ciąg „Shantaram”, co powodowało naprzemienne napady gorąca i zimna wśród fanów, niewiedzących, czy to naprawdę realna obietnica czy fatamorgana. Trochę jak słynna ekranizacja, do której prawa kupił Johnny Depp i który miał zagrać Robertsa. Co zresztą przy całej mej sympatii do Deppa wydaje mi się nieporozumieniem, nie ten styl, nie ta uroda. Gdybym odpowiadał za casting, wskazałbym na Daniela Craiga i to jego okrucieństwo w twarzy.

No i w końcu, kiedy najtwardsi porzucali nadzieję, najpierw parę miesięcy temu po angielsku, a teraz po polsku pojawił się literacki potwór z Loch Ness – „Cień Góry”. To dalszy ciąg „Shantaram”.

Cóż mam Wam powiedzieć, żeby niczego nie zdradzić? No więc, jeśli kochaliście „Shnataram”, to wraca do Was to wszystko, co Was zaczarowało, łącznie z przerośniętą niekiedy, a czasem wręcz irytującą poetycką frazą Robertsa i jego wrzucanymi od czasu do czasu refleksjami filozoficznymi. Ale to, jak dobrze wiecie, tylko mleczko do potężnej porcji kawy, czyli nieprawdopodobnych przygód, wyrazistych bohaterów, skrajnych uczuć, narkotycznie wciągającego świata niczym z greckich (a w zasadzie w tym wypadku – hinduskich) mitów.


Zaś tym, którzy jeszcze Robertsa nie poznali, sugeruję, by zaczęli po bożemu, od „Shantaram”, które dopiero co zostało wznowione. Już Wam zazdroszczę. Tego, że po raz pierwszy wejdziecie w ten świat, i że przed Wami podwójna dawka szczęścia: „Shantaram” plus „Cień góry”, 1600 stron odlotu. Odwołajcie spotkania towarzyskie i służbowe, wyśpijcie się na zapas, zapnijcie pasy i do boju! No i świetnej zabawy!

Marcin Meller

magazyn@allegro.pl

Powiązane artykuły

Niebezpieczne kobiety popkultury
Najnowszy film Patryka Vegi „Pitbull. Niebezpieczne kobiety” w ciągu 4 pierwszych dni wyświetlania obejrzało 835 000 widzów! Jednym z powodów tego sukcesu może być fakt, że reżyser tym razem postawił na kobiety. A te, szczególnie jeśli cieszą się złą sławą, przyciągają uwagę widzów jak magnes. Nawet przez kilkaset lat. Przedstawiamy sylwetki 9 kobiet, którym bycie „niebezpiecznymi” zapewniło nieśmiertelność. 
Wirtualni piłkarze – realne emocje
Piłka nożna to najpopularniejszy sport na świecie. Mistrzostwa świata, rozgrywki klubowe, liga mistrzów. Messi, Ronaldo czy Lewandowski. Camp Nou, Maracanã czy nasz Narodowy. Gwiazdy, stadiony, drużyny, wielkie pieniądze i jeszcze większe emocje. Czy da się je odtworzyć w domowym zaciszu?
Dużo światła jesienią! 
Budzisz się – ciemno. Wychodzisz do pracy – ciemno. Wracasz z pracy – znowu ciemno. A krótkie godziny jesiennego dnia spędzasz na ogół w zamkniętym pomieszczeniu. Światło to niezawodny antydepresant. Nie poddawaj się więc jesiennej melancholii i oświetl sobie drogę do dobrego humoru.
Co jeszcze może być wegańskie?
Wegańskie buty, wegańska karma dla zwierząt, a może wegański szampon? Sprawdź, jakie inne ciekawe rzeczy z „wege” w nazwie znajdziesz na Allegro.