na luzie
06 czerwca 2016, 08:00

Walkman – mobile lat 80.

Rzadko kiedy trafiają się urządzenia, które tak bardzo rewolucjonizują rynek, że ich nazwa przechodzi do powszechnego użytku i określa się nią nie tylko ten konkretny model, ale wszystkie tego typu produkty. To trochę tak, jakbyśmy dziś wszystkie smartfony nazywali iPhone’ami. Trochę dziwnie. Z walkmanami już nie macie jednak takiego problemu, prawda?

Oczywiście historia zna podobne przypadki – adidasów, szampana czy aspiryny – ale w świecie elektroniki zdarzyło się coś takiego po raz pierwszy, i jak na razie ostatni. Mimo że Walkman to zarejestrowany znak towarowy, każda jego kalka – czy to stworzona przez znaną firmę, czy też będąca chińską podróbką – nazywana była po prostu walkmanem.

Sony Walkman nie był pierwszym przenośnym odtwarzaczem kaset magnetofonowych na rynku, ale okazał się tym, który swoją zminiaturyzowaną budową i intymnością użytkowania podbił świat i serca fanów muzyki. Zwycięstwo Sony przesądziła machina marketingowa, patenty oraz dobre (lub przypadkowe) wyczucie czasu, gdy nowe pokolenie, nastawione na nowoczesną muzykę, nie chciało przystosować się do winylowej starej szkoły. Nigdy wcześniej w tak małym pudełku nie można było zamknąć tak wiele.


Pierwszy model Walkmana TPS-L2 pojawił się w 1979 roku, jednak w tym czasie w hermetycznej Polsce nikt nawet nie śnił o tego typu urządzeniach. Podobnie jak w przypadku innych nowych technologii, walkmany pojawiły się u nas ze sporym opóźnieniem i dopiero pod koniec lat osiemdziesiątych można je było kupić w Pewexach za dolary lub inne waluty wymienialne.

W Polsce oryginalny sprzęt Sony był bardzo drogi, toteż polska myśl techniczna skopiowała ten najpopularniejszy na świecie gadżet i od 1987 roku również przeciętny obywatel mógł poczuć zapach Zachodu. Podróbkę PS 101 Kajtek wyprodukowały Zakłady Radiowe im. Marcina Kasprzaka w Warszawie, które należały do Zjednoczenia Przemysłu Elektronicznego UNITRA. Każdy, kto pamięta nazwę UNITRA, wie, że był to sprzęt, który technicznie nie był najwyższych lotów, ale potrafił przetrwać kataklizmy i można go było naprawić za pomocą gumki recepturki i kilku puknięć w obudowę.


Nie inaczej było z Kajtkiem. Wypuszczono go w samych krzykliwych kolorach, co słusznie targetowało sprzęt na grupę wiekową nieprzekraczającą podstawówki. Młodsi łatwo wybaczali dwie charakterystyczne cechy polskiego walkmana – wciąganie kaset i zamienianie ich w magnetyczne spaghetti oraz błyskawiczną konsumpcję baterii, którą przebijały chyba tylko zdalnie sterowane samochody. A do działania wymagał aż czterech „paluszków” AA, w porównaniu do jednej lub dwóch baterii (w zależności od modelu) w przypadku sprzętu Sony.

Z kaset leciał Michael Jackson, Nirvana, Roxette, Perfect czy Cher. Pierwsi rodzimi raperzy rozpoczynali przygodę z rymami, przez co wśród grona wtajemniczonych do dziś kultowe pozostają formacje takie jak Nagły Atak Spawacza, Kaliber 44 czy Paktofonika. Na naszych uszach wybrzmiewały także pierwsze bity muzyki Eurodance, która z sal dyskotek trafiła do przenośnych odtwarzaczy, dzięki czemu każdy zna dziesiątki artystów jednego przeboju. Na dźwięk Dr. Albana, Scatmana czy Captain Jacka nasze lica zalewają się wstydem zmieszanym z tęsknotą za dawnymi czasami.

Kasety były zazwyczaj składankami nagrań z radia, którym nieraz brakowało kilku pierwszych sekund, gdy ktoś ze słabym refleksem nacisną REC zbyt późno. Były to też przegrywane albumy od znajomych znajomych i ich znajomych, które już kilkadziesiąt razy przesłuchane pozostawiały wyraźne szumy. Ci bardziej przedsiębiorczy zdobywali nagrania na giełdach i bazarach, gdzie przy bardziej prestiżowych stoiskach można było nawet otrzymać okładkę z wydrukowaną listą utworów. Kajtek nie miał funkcji przewijania do tyłu, więc trzeba było przesłuchać do końca drugą stronę kasety, by móc od początku zacząć pierwszą. W innym wypadku w ruch wchodził ołówek. Z takimi urokliwymi niedogodnościami żyło się na co dzień.

Czytaj także: Wielki powrót małej kasety

Nieważne, że nie był to Sony Walkman – ważne, że Kajtek po prostu „był”. I z tej perspektywy postrzegano większość sprzętu elektronicznego i domowego, zwłaszcza że czasy nie pozwalały na grymaszenie i przebieranie w alternatywach. Dziś Kajtek od czasu do czasu pojawia się na Allegro, ale z reguły oferta przepada bez żadnej licytacji. Praktycznie nikt nie korzysta już z klasycznych kaseciaków, chociaż zdarzają się podróżnicy w czasie, którzy wciąż chodzą z walkmanem przepiętym przez szlufkę spodni.


Sony porzuciło produkcję swoich przenośnych odtwarzaczy kasetowych dopiero w 2010 roku, co idealnie podkreśla kult walkmanów. Oczywiście marka Walkman pojawiała się również na innym elektronicznym sprzęcie grającym, zaliczając m.in. telefony komórkowe oraz odtwarzacze MP3.

Oryginalne walkmany, w zależności od modelu, na aukcjach potrafią osiągnąć nawet kilkaset złotych. Jako że jest to sprzęt czysto kolekcjonerski, z dużym prawdopodobieństwem będą jedynie zyskiwać na wartości, zwłaszcza te zadbane i działające. Pozostaje tylko jeszcze czekać, aż będzie można je rejestrować na żółtych tablicach.

Po upadku PRL-u na polski rynek wskoczyły inne światowe firmy. Swoje walkmany wypuścili tacy giganci jak Panasonic, Thomson, Grundig, Philips czy Sharp. Jeżeli ktoś nie załapał się na Kajtka, to z pewnością był w posiadaniu egzemplarza od tych firm. Ich ceny wahają się od kilkunastu to kilkuset złotych i naprawdę jest w czym przebierać.

Jednakże każdy, kto pamięta ekscytację związaną z obsługą tego sprzętu, wie, że wartość sentymentalna jest bezcenna. Warto nawet dla chwili nostalgii wygrzebać walkmana z piwnicy czy szafy. Pobawić się przyciskami, pootwierać klapkę, poobracać w dłoniach. Sprzęt, który będziemy trzymać, to nie tylko zlepek przestarzałej elektroniki, ale też fragment naszej młodej duszy, która niegdyś kształtowała się dzięki dźwiękom będącym nas w stanie odciąć od świata. Podczas spaceru, w komunikacji miejskiej czy na łóżku. Dziś taka możliwość jest oczywista, dlatego nikt tak bardzo jej nie doceni jak wtedy, gdy była szczególnym przywilejem i nadawała inną barwę szarej codzienności.


Kilka lat temu TNS OBOP przeprowadziło sondaż wśród osób urodzonych na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, który wykazał, że dla ponad 80% badanych walkman był głównym obiektem pożądania w tamtych czasach. Walkmany, czy to stworzone przez Sony czy przez innych producentów, na zawsze pozostaną ikoną lat naszej młodości. Niemal wszyscy posiadali to urządzenie, a jeżeli nie, to na pewno znajdowało się ono w prywatnej strefie marzeń. Ze względu na intymne i zmysłowe doświadczenia towarzyszące słuchaniu muzyki z walkmana, można śmiało stwierdzić, że jest to jeden z kluczowych składników wywołujących tęsknotę za „starymi, dobrymi czasami”. Kto wie, być może ten walkman znaleziony na dnie szafy będzie w stanie przywrócić naszą dawną osobowość? Do tego wystarczy tylko kilka wytartych kaset, baterie i para słuchawek.

A jak dzisiejsza młodzież reaguje na walkmany? Cóż...



fot. Flickr/Kid Clutch/CC BY 2.0
Newsletter
Trwa generowanie pliku zip
0%