na luzie
05 października 2015, 07:00

Zagubiony resorak i spełnione marzenia

Dla Tomka mustangi to coś więcej niż praca czy pasja. To jego życie. - Pamiętam też, że jeszcze w przedszkolu miałem małego resoraka mustanga, którego zakopałem w krzakach, aby nikt mi go nie ukradł... Tyle tylko że zapomniałem gdzie. Do dzisiaj siedzi mi to w sercu...

Mała, szutrowa droga w podwarszawskiej miejscowości. Jadąc w tumanach kurzu, docieram na sam koniec. Nie znam numeru ulicy, ale już po krótkiej chwili wiem, że tak czy inaczej nie skorzystałbym z tej wiedzy. Nietrudno bowiem zauważyć trzy lśniące, klasyczne mustangi stojące tuż za szeroko otwartą bramą prowadzącą na teren posesji.

Jeszcze nie przekroczyłem progu, a już uderzył mnie specyficzny zapach oldtimerów, będący mieszanką oleju silnikowego, stali i bezołowiowej benzyny. Z garażu na wprost wychodzi uśmiechnięty facet w spranym T-shircie, zdejmując czarne od smaru rękawice. Nie mogę oderwać wzroku od czerwonego cabrio rocznik ‘67, który dopracowany w najdrobniejszych detalach wygląda jakby świeżo zjechał z linii produkcyjnej.

Tomek przez lata pracował w BMW, od zawsze natomiast pasjonował się motoryzacją. Dziś prowadzi swój niewielki garażowy warsztat i robi to, o czym większość facetów jedynie marzy – przywraca do życia klasyczne mustangi. Poznaliśmy się kilka miesięcy wcześniej, ale szybko okazało się, że mamy wspólne zainteresowania i „nadajemy na tych samych falach”. Wspólnie zrealizowaliśmy parę komercyjnych produkcji filmowych z udziałem mustangów z jego „stajni”. Tego dnia przyjechałem jednak w nieco innym celu, chcąc zrealizować krótką autorską etiudę o Tomku, mustangach i niezwykłej więzi, jaka ich łączy.

Najbardziej zależało mi na tym, aby złapać kilka ulotnych chwil i zamknąć je w kadrach, które dobrze oddadzą charakter jego codziennej pracy. Bez ciśnienia, presji czasu, klienta nad głową – po prostu subiektywnie pokazać to, co jako kumpel i pasjonat motoryzacji widziałem przez kilka słonecznych godzin w otoczeniu aut moich marzeń. Zależało mi na tym, aby przed rozpoczęciem kręcenia dowiedzieć się nieco więcej o Tomku i jego motoryzacyjnej fascynacji. To nie miał być wywiad sensu stricto. Chodziło raczej o zapis prywatnej rozmowy, która stanowić będzie bazę do zbudowania fabuły i montażu filmu. Oparliśmy się więc o niebieskie coupé i zaczęliśmy rozmawiać.



Piotr Deszkiewicz: Czym są dla Ciebie mustangi?
Tomek Szypp: Mustangi to… pasja i sposób na życie.

Co bardziej?
To jest cały czas pasja. To nie jest tylko praca, to jest cały czas pasja. Praca, którą wykonuję z wielką ochotą. Codziennie rano wstaję uśmiechnięty i zadowolony, że idę znowu do pracy. To jest chyba najważniejsze dla każdego – robić to, co się lubi.

Skąd Twój pomysł na klasyki?
Dopiero w wieku dorosłym stwierdziłem, że można połączyć przyjemne z pożytecznym i przywracać blask tym samochodom, odrestaurowywać je. Pasjonować się zacząłem tak jak większość chłopców, kiedy charakterystyczne potrójne światła z tyłu i pędzący mustang na atrapie z przodu były rozpoznawalne absolutnie wszędzie. Pamiętam plakat z mustangiem wiszący nad biurkiem. Pamiętam też, że jeszcze w przedszkolu miałem małego resoraka mustanga, którego zakopałem w krzakach, aby nikt mi go nie ukradł... Tyle tylko że zapomniałem gdzie. Do dzisiaj siedzi mi to w sercu.

Fabryczne, sprawdzone standardy czy indywidualne modyfikacje według własnych pomysłów - co wybierasz?
Mam w głowie masę pomysłów. Odkąd pamiętam, wszystko, co jeździło i było moje, było bardziej lub mniej zmodyfikowane. Każdy mój pojazd musi mieć cechy indywidualności. Ale agro-tuningu stanowczo się wystrzegam. Moim Świętym Graalem jest fastback z ’68 – który – mam nadzieję – niedługo zawita do mojego warsztatu. Poprawiony według moich pomysłów, ale tzw. sleeper, czyli z zewnątrz „normalny”.

Jak wygląda proces tworzenia klasycznego auta?
Najważniejsza jest „baza”, czyli znalezienie za oceanem mustanga, który nie jest zardzewiały, jest w największym stopniu oryginalny i do tego jeździ. Kiedy auto jest już u mnie, rozbieram go do ostatniej śrubki i goła karoseria trafia na zabiegi blacharsko-lakiernicze. Tam spędza kilka miesięcy, podczas których weryfikuję pozostałe elementy, odświeżam je, a także zamawiam te, które będą podlegały wymianie. Brakujące części sprowadzam zawsze z dedykowanych fabryk w Stanach Zjednoczonych, zaś materiały eksploatacyjne i chemię kupuję już w Polsce, w sklepach lub na Allegro. Po powrocie karoserii do warsztatu zaczyna się najpiękniejszy, ale też najdłuższy i najbardziej wymagający proces składania wszystkiego w jedną, zjawiskową całość. Ten okres trwa kilka miesięcy, ale w przypadku tych samochodów pojęcie czasu ukończenia nie ma absolutnie znaczenia - najważniejsza jest dokładność.

Co najbardziej lubisz w swojej pracy? A raczej „pasji”?
Ja ubóstwiam te samochody. Uwielbiam patrzeć, jak ze starych, często zniszczonych samochodów powstają piękne, naprawdę piękne samochody, którymi można pojeździć w klasycznym stylu po mieście, pojechać gdzieś dalej. To jest niesamowite patrzeć, jak coś rośnie na twoich oczach, tak że wydaje mi się, że to jest… to jest chyba największa przyjemność. A największe podziękowanie ze strony tych samochodów to to, że potem naprawdę są niesamowite.

A co na to wszystko Monika?
Monika ma wielki wpływ na budowę mustangów. W znacznej mierze to ona wymyśla stylizacje kolorystyczne i różne „smaczki”, które cieszą oko, a mnie by do głowy nie wpadły. Poza tym po 10 latach mojej kariery zawodowej to właśnie Monika mnie zainspirowała i popchnęła do tego, abym robił to, co dziś robię. Mogę śmiało powiedzieć, że bez jej wsparcia nigdy bym nie podjął się spełniania marzeń.

Masz jakieś specjalne marzenie?
Życzę sobie, żeby nie zniknęły te samochody, a wręcz żeby w odrestaurowanym stanie było ich coraz więcej na naszych drogach. Tego sobie życzę, bo – naprawdę – te auta należą do najładniejszych samochodów w historii motoryzacji, do jednych z najbardziej kultowych i niech tak będzie, niech tak zostanie. A ja zawsze przy nich będę.

fot. Flickr.com/Alan Levine/CC BY 2.0

Newsletter
Trwa generowanie pliku zip
0%