co nowego
17 czerwca 2015, 02:00

Z myszką na zakupach

To, co się dzieje nad Loarą i nad Tamizą, pokazuje dobitnie, że tradycyjny handel zaczyna Internet wreszcie oswajać, nie traktować go jak wroga, lecz jako dopełnienie prowadzonego biznesu.

Wkrótce minął trzy lata od czasu, gdy firma doradcza Deloitte obwieściła, że oto dzięki smartfonom oraz zainstalowanym na nich aplikacjom e-commerce nadchodzi era Store 3.0. Według analityków tej firmy konsument uzbrojony w smartfon z czytnikiem kodów kreskowych zmusi sieci handlowe do przedefiniowania prowadzonego przez nie biznesu. Bo dzięki dostępnym technologiom zmienią się nie tylko zachowania konsumentów, ale też sposoby komunikowania z nimi, a nawet aranżacja sklepów czy ekspozycja towaru na półkach.

Bo chcą pomacać

Trudno jednoznacznie stwierdzić, na ile prognoza się sprawdza, ale super- i hipermarkety mają coraz większe problemy, bowiem odczuły wyraźny spadek sprzedaży wielu artykułów przemysłowych, gdyż ich sprzedaż przeniosła się do Internetu. Poważne instytuty badawcze takie jak Nielsen raportują, że w nawet zachodnich zamożnych krajach klienci stają się mniej rozrzutni, bardziej pragmatyczni – coraz częściej zakupy planują, rzadziej w sklepie ulegają impulsom. Z pewnością katalizatorem tej zmiany był światowy kryzys, który sprawił, że ludzie kupują rozważniej i szukają oszczędności. Ale w tych zachowaniach bardzo im pomogła technologia – dzięki niej jeszcze nigdy porównywanie cen tych samych produktów dostępnych nie było aż tak proste. Jednak ludzie wciąż doceniają i wciąż będą doceniać walory tradycyjnych sklepów, zwłaszcza gdy kupują tam świeżą żywność – ważny jest dla nich bezpośredni kontakt z kompetentnym i uprzejmym sprzedawcą, możliwość natychmiastowego dotknięcia, a nawet spróbowania produktu na miejscu. Potwierdzają to sondaże przeprowadzone wśród Amerykanów. Ponad jedna trzecia spośród tych, którzy żywności przez Internet jeszcze nie kupili, deklaruje, że po prostu boi się to robić w ciemno.

Sklep dla zabieganych

Z badań firmy BMO Capital Makret wynika, że w Stanach Zjednoczonych w 2012 r. tylko 2 proc. Amerykanów kupowało żywność w sieci, dwa lata później w największych metropoliach ten wskaźnik podskoczył do 4-8 proc. (wyjątkiem jest Nowy Jork, gdzie dzięki niezwykle prężnemu FreshDirect z takiej możliwości skorzystało 16 proc. jego mieszkańców).

Co gorsza produkty świeże kupowane są przeważnie z pozostałymi produktami spożywczymi i chemią domową. Siłą rzeczy więc rzutuje to na wyniki sprzedaży w sieci całego FMCG. Ubiegłoroczna prognoza Kantar Worldpanel zakłada, że w 2016 r. wartość dóbr szybko zbywalnych sprzedawanych przez Internet osiągnie wartość 56 mld dolarów w skali globalnej, co stanowi niespełna ponad 5 proc. tego, co ludzkość w tym czasie na nie wyda. Jednak w krajach wysoko rozwiniętych, gdzie społeczeństwo z technologią na bakier nie jest, a cierpi na brak czasu, liczy się przede wszystkim wygoda. Przez co możliwość zdalnego robienia zakupów jest przez konsumentów szczególnie doceniana. Tak jak w Korei Południowej, gdzie lodówkę z pomocą Internetu zaopatruje już co drugie gospodarstwo domowe (w 2016 r. na ten kanał dystrybucji będzie już tam przypadało 14 proc. rynku). Nieprzypadkowo pierwszy wirtualny supermarket na potrzeby posiadaczy smartfonów Tesco otworzyło trzy lata temu na stacji metra w Seulu. Bo zakupy za pomocą telefonu, a dokładnie aparatu i aplikacji do czytania kodów QR, tzw. one snap shopping, oszczędzają czas, są też szybkie, ale wygodne i angażujące.

Click and collect robi furorę

Robienie sprawunków w wirtualnych sklepach dobrze się też rozwija na Tajwanie, a na Starym Kontynencie liderem pod tym względem jest Wielka Bratania. Tam zakupy spożywcze w wirtualny sklepie robi co piąta osoba. I co ciekawe za swój wirtualny koszyk Anglik płaci średnio pięć razy więcej niż za ten w zwykłym sklepie. To najlepszy dowód na to, że klikanie w Internecie stało się alternatywą dla tych największych cotygodniowych zakupów, których realizacja w hipermarkecie pochłania najwięcej czasu. Rosnący entuzjazm odnośnie do tej formy zakupów wykazują również Francuzi. Trend jest na tyle silny, że w ciągu dwóch lat rynkowy udział Internetu w tamtejszym handlu detalicznym przekroczy 6 proc., co oznacza, że będzie większy niż w Anglii. Jest to głównie zasługą coraz popularniejszego nie tylko nad Loarą modelu biznesowego – click and collect, który polega na tym, że klient osobiście odbiera zamówione i opłacone przez Internet zakupy w sklepie lub innym miejscu. Podobnie jest w Wielkiej Brytanii, gdzie składanie zamówień przez Internet w małym osiedlowym sklepie staje się powoli normą. Najnowszy raport The Association of Convenience Stores ujawnia m.in., że co piąty brytyjski sklep osiedlowy ma swoją internetową stronę, co dziesiąty natomiast przyjmuje zamówienia drogą mailową, prawie tyle samo umożliwia ich samodzielny obiór, jednak aż 16 proc. gotowa jest dostarczyć paczkę z zakupami do domu.

Nadchodzą lodówkomaty

Właściciele polskich sklepów osiedlowych są raczej z Internetem na bakier (większość otwierała swoje sklepy 25 lat temu), więc na podobne udogodnienia z ich strony na razie nie ma co liczyć. Na razie, bo lada moment logistyczno-informatyczny system dla takich e-delikatesów uruchamia Żabka Polska we współpracy z firmą kurierską Tba Express. Szczegóły tego projektu nie zostały jeszcze ujawnione, ale z dotychczasowych doniesień wynika, że konsument będzie mógł realizować zakupy w różnych internetowych sklepach podpiętych do tego systemu, ale odbierać je w najbliższym Freshmarkecie lub Żabce, których jest już w całym kraju ok. 4 tys.

Koszerny internet

Właściciele sklepów starają się dostrzegać i uwzględniać w swoim biznesie potrzeby realizowane w wirtualnych sklepach takie jak: szerokość asortymentu, wygoda, informacja o produkcie. – Handlowcy zrozumieli, że sieć jest naturalnym kanałem rozwoju dla FMCG. Poszerzeniem jego dotychczasowej dystrybucji – mówi Jacek Kotarbiński, audytor procesów marketingu i sprzedaży. Podkreśla, że dużo trudniejsze zadanie, by pokonać opór klienta przez zakupem żywności w sieci, mają właściciele czysto wirtualnych delikatesów. Tu nieźle jednak radzą sobie te specjalistyczne, nastawione np. na żywność organiczną, koszerną, a zwłaszcza te, które dysponują własnym produkcyjnym zapleczem. Dlatego założycielami takich sklepów bywają farmerzy tacy jak Guy Watson, który sprzedaje plony z kilku ekologicznych farm położnych koło Devon. Malutki internetowy sklep, który powstał z myślą o zaopatrywaniu wąskiego grona znajomych, rozrósł się w pokaźny biznes. Sklep Watsona rozsyła co tydzień 45 tys. paczek, ma 60 tys. odbiorców w całej Anglii, a on sam został milionerem.

                                                                                                 Fot. Pexels.com

Newsletter
Trwa generowanie pliku zip
0%