Prawdziwy fan „House of Cards” nie może się obejść bez gadżetów dedykowanych serialowi. Ubrani nie tylko w koszulki, ale też bluzy – przydatne szczególnie wtedy, gdy oglądanie serii przeciągnie się do rana, uzbrojeni w sygnet, z kubkiem kawy i z poduszką na podorędziu, gdy jednak zmorzy sen – tak przygotowani możemy usiąść do kolejnych odcinków. Miłośnicy muzyki z serialu na Allegro znajdą nie tylko wydania na CD, ale również na winylach. Przy okazji piątego sezonu warto sobie odświeżyć pamięć i wrócić do poprzednich odcinków – polecamy również tym, którzy swoją przygodę z „House of Cards” dopiero rozpoczynają.

Aby w pełni zrozumieć mechanizmy, które rządzą tym serialem, warto przyjrzeć się pierwowzorowi, czyli książce Michaela Dobbsa. Jak głosi anegdota, ten były polityk Partii Konserwatywnej w Wielkiej Brytanii, nie mógł znaleźć dobrej lektury. Postanowił więc sam napisać taką, którą chętnie by przeczytał.  I tak powstała książka„House of Cards”. Serial, który znamy z Netflixa, to amerykańska adaptacja, luźno nawiązująca do oryginału. Dobbs, czy to dokonując rozrachunku z własnym sumieniem, czy chcąc dopiec byłym koleżankom i kolegom, a może i przy okazji kogoś skompromitować, ujawnia sporo know how z politycznego świata, który w każdym kraju wygląda podobnie. „Człowieka motywuje nie szacunek, lecz strach. To na nim buduje się imperia i za jego sprawą wszczyna rewolucje. W tym tkwi sekret wielkich ludzi. Kiedy ktoś się ciebie boi, zniszczysz go, zmiażdżysz, a w efekcie on zawsze obdarzy cię szacunkiem. Prymitywny strach jest upajający, wszechogarniający, wyzwalający. Zawsze silniejszy od szacunku. Zawsze” – głosi Dobbs. Polityka od kuchni – kto by nie chciał wiedzieć! Na czym polega więc sukces Dobbsa? Czy to Dan Brown współczesnego pisania o polityce? I tak, i nie. Przede wszystkim chodzi o wiarygodność. Były polityk mówi, często otwarcie, jak jest. Zdradza kulisy. Pokazuje coś, co na co dzień jest niemożliwe do zobaczenia. Wpuszcza zwykłego wyborcę za kurtynę świata, w którym nie liczą się żadne zasady poza jedną: utrzymania władzy. Dobbs prowadzi przy tym własną cyniczną grę. A może pragnie się oczyścić? Te jednak kwestie schodzą na drugi plan przy misternym ukazaniu, jak zdobywa się władzę. I co najważniejsze: Dobbs nie stosuje taryfy ulgowej. Jak szczerość, to porażająca.

Warto przyjrzeć się pierwowzorowi, czyli książce Michaela Dobbsa, byłego polityka Partii Konserwatywnej, który pewnego dnia (jak głosi oficjalna anegdota) rozeźlony brakiem dobrej lektury do czytania postanowił sam napisać taką, którą chętnie by przeczytał. Fot. materiały prasowe wyd. Znak

Warto przyjrzeć się pierwowzorowi, czyli książce Michaela Dobbsa, byłego polityka Partii Konserwatywnej, który pewnego dnia (jak głosi oficjalna anegdota) rozeźlony brakiem dobrej lektury do czytania postanowił sam napisać taką, którą chętnie by przeczytał. Fot. materiały prasowe wyd. Znak

Dostajemy zatem coś na kształt małego podręcznika obsługi obywatela, z wieloma cennymi spostrzeżeniami i przemyśleniami. Dobbs czyni bohaterem swojej książki ludzkie ego. I jeśli pod tym kątem spojrzy się na tę lekturę, stanie się ona jako żywo przypominająca dramaty Szekspira.  W jednym z pierwszych odcinków, kiedy to rzeczy nie układają się po myśli  Francisa (w wersji brytyjskiej: Urquharta), ten prawie wyłamuje sobie palce. Kostyczny, od początku nie budzi sympatii widza – inaczej niż ma to miejsce w amerykańskiej wersji. – Jakkolwiek nie spojrzeć by na Franka Underwooda, to uczciwie trzeba przyznać, że w pierwszych sezonach nawet mu kibicowaliśmy. Był elektryzującą postacią, można było odczuwać do niego cień sympatii. Nie będzie spojlerowaniem, kiedy powiem, że w piątym sezonie mamy natomiast do czynienia ze skorumpowanym i za wszelką cenę chętnym utrzymania się u władzy karierowiczem – mówi w rozmowie z _magazynem.Allegro Michał Kolanko, dziennikarz „Rzeczpospolitej” i fan seriali.

W piątym sezonie „House of Cards” mamy do czynienia ze skorumpowanym i za wszelką cenę chętnym utrzymania się u władzy karierowiczem. Fot. materiały prasowe Netflix

W piątym sezonie „House of Cards” mamy do czynienia ze skorumpowanym i za wszelką cenę chętnym utrzymania się u władzy karierowiczem. Fot. materiały prasowe Netflix

Brytyjska wersja, czyli miniserial na podstawie książki Dobbsa, przy amerykańskiej jest dla dzisiejszego odbiorcy najprawdopodobniej nudna. Przecież oba seriale dzielą 23 lata różnicy. Sztampowa, a przy tym bardzo brytyjska – to  znaczy nieco koturnowa. Ocena zależy od tego, czego oczekujemy od serialu. Jeśli rozrywki i akcji – amerykańska wersja dostarczy jej z nawiązką. Jeśli pogłębionego psychologicznie portretu bohatera – powinniśmy sięgnąć po wersję brytyjską. Tu też pojawia się pomysł mówienia głównego bohatera bezpośrednio do kamery, skierowania całej swej uwagi na widza. Książka Hobbsa przypomina tym samym nieco zamysł Roberta Gravesa, który w „Ja Klaudiusz” i „Klaudiusz i Messalina” stosuje narrację pierwszoosobową, co diametralnie zmienia sposób odebrania powieści. W serialu uzyskuje się wartość nadrzędną – widz staje się współuczestnikiem akcji. – Obecnie główną wadą serialu jest brak wiarygodności. Można się oczywiście bawić w porównania z Trumpem i rozmaite pomysły natury politycznej, ale niestety nie można uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Serial przesadnie skręca w stronę mroku, a realia w nim prezentowane nie mają związku z rzeczywistością – mówi Michał Kolanko. Podkreśla przy tym, że za sukcesem serii stała między innymi niespotykana wcześniej forma dystrybucji. – Ludzie przyzwyczajeni byli, że dobry serial można obejrzeć wyłącznie w telewizji. Nagle Netflix zaproponował nie tylko oglądanie go w Internecie, ale do tego obejrzenie wszystkich odcinków naraz – mówi Michał Kolanko.

Jeśli oczekujemy pogłębionego psychologicznie portretu bohatera – powinniśmy sięgnąć po wersję brytyjską. Na zdjęciu: Bohaterowie miniserialu produkcji BBC. Fot. materiały prasowe BBC 

Jeśli oczekujemy pogłębionego psychologicznie portretu bohatera – powinniśmy sięgnąć po wersję brytyjską. Na zdjęciu: Bohaterowie miniserialu produkcji BBC. Fot. materiały prasowe BBC 

Powstaje pytanie: jaki byłby odbiór oryginalnego brytyjskiego miniserialu, gdyby jego odcinki można było zobaczyć co tydzień? – Na pewno wyłapano by sporo niedokładności, a i cała akcja by siadła. Serial obecnie obudowany jest na zasadzie mocnego wejścia i takiego samego zakończenia. Pośrodku snuje się watek – opowiada Michał Kolanko.

Brytyjska wersja ma w sobie coś z nieustającego teatru, w którym suspens gra pierwszorzędną rolę, nagle zwroty akcji zaś uniemożliwiają widzowi przewidzenie dalszego ciągu wydarzeń. Mniej niż o meandry polityczne, co ma miejsce w amerykańskiej wersji, chodzi tu o ukazanie, czy w zasadzie próbę odpowiedzi na odwieczne pytanie o istotę zła. Odrzucony polityk nie cofnie się przed zemstą. Demoniczna żona podsycać będzie niespełnione ambicje, a znajomi i wrogowie staną się i uczestnikami, i widzami tej okrutnej gry. Znacie? No to zobaczcie.  

„House of Cards” to przede wszystkim kreacja antybohatera, któremu w jakiś sposób kibicujemy – a dla mnie to nie jest jasna strona tego serialu – mówi w rozmowie z _magazynem.Allegro Agata Popęda, korespondentka „Krytyki Politycznej” w Waszyngtonie. – Dodatkowo zastanawiam się, jaki wpływ na przegraną Hillary Clinton miał ten serial, skoro para bohaterów jest wykreowana tak, aby przypominać małżeństwo Clintonów – dodaje. –„House of Cards” tworzy wrażenie, że polityka jest okropna. Choć po prawdzie teraz, przy okazji premiery piątego sezonu, w ogóle się o nim tu nie dyskutuje. Uwagę osób interesujących się polityką pochłania obecnie serial „Veep” będący totalną satyrą, a jednocześnie ukazujący politykę w bardziej realnym świetle, niż ma to miejsce w „House of Cards” – mówi Agata Popęda. – Jeśli już się o „House of Cards” mówi, to w kontekście wspaniałej gry Kevina Spacey, który jest tu uwielbiany. Amerykanie nie mają motywacji, aby poświęcić serialowi uwagę w kontekście tego, co się obecne dzieje w Białym Domu – Waszyngton sam w sobie jest pewną satyrą. Osobiście w „House of Cards” zniechęciło mnie, bo serial przestałam oglądać po dwóch sezonach, przeniesienie Waszyngtonu do Hollywood, pewna koturnowość i brak pochylenia się nad niuansami. Niewiele to wszystko ma wspólnego z rzeczywistością – komentuje Agata Popęda.

Brytyjska wersja, czyli miniserial na podstawie książki Dobbsa, przy amerykańskiej jest dla dzisiejszego odbiorcy najprawdopodobniej nudna. Przecież oba seriale dzielą 23 lata różnicy. Fot. materiały prasowe BBC 

Brytyjska wersja, czyli miniserial na podstawie książki Dobbsa, przy amerykańskiej jest dla dzisiejszego odbiorcy najprawdopodobniej nudna. Przecież oba seriale dzielą 23 lata różnicy. Fot. materiały prasowe BBC 

„House Of Cards” przeprowadza krok po kroku dowód, iż kampania polityczna nie różni się co do swej istoty od – na przykład – wprowadzania na rynek nowego produktu czy usługi, który powinien spowodować spadek popularności towaru oferowanego przez konkurencję. Widza fascynuje po pierwsze to, że proces pokazywany jest w zwolnionym tempie (serial), więc zabiegi ekipy Francisa Underwooda może sobie obejrzeć jak eksperyment na lekcji fizyki. Po drugie, widzowi imponuje rozmach: tu kompetencje polityczne, znajomość psychologii, elokwencja (tego można się nauczyć w szkole) znaczą tyle samo co intuicja, empatia, refleks. A przede wszystkim umiejętność autokreacji, blagi, wmówienia, hipnozy. A do tego niekoniecznie trzeba być senatorem, wpływową dziennikarką czy specjalistą od PR. Przeciętny widz może się więc identyfikować… Po trzecie, skala wydarzeń. W serialu intrygi decydują o tym, jak potoczą się losy najbardziej wpływowego kraju świata, a więc i reszty planety. Sprawy przybierają wymiar szekspirowski. Docelowo – historia jest tak patetyczna, że mogłaby się rozgrywać na dworze któregoś z „Ryszardów”. A gdyby szukać porównań późniejszych to dwór don Vito Corleone byłby – jak się wydaje – odpowiednim władcą o analogicznym majestacie – mówi krytyk filmowy Wiesław Kot.

Gdy na świecie spełnia się obecnie marzenie Marka Aureliusza w osobie Emmanuela Macrona o tym, aby to filozof władał krajem, Frankom Underwoodom może być trudniej. Czy powstaną współczesne seriale o jasnej stronie polityki? Czas pokaże.

Opracowanie graficzne: DB Creative Factory

Joanna Jasikowska

magazyn@allegro.pl