Do charakterystycznej krzywizny należy dodać szkodliwe dla zdrowia promieniowanie, zacinającego się pilota, słabej jakości wyblakły obraz, a także częste szumy i zakłócenia. Od czasu do czasu należało poprawić antenę, by złapać lepszy sygnał, ale poprawa odbioru jednego kanału niejednokrotnie psuła obraz i dźwięk na innym. Wszystko to jednak przyjmowało się równie naturalnie, jak dzisiejszą konieczność ładowania smartfona każdej nocy. Nikt specjalnie nie narzekał i nie marudził, a te kilka kanałów w telewizji było wybawieniem dla szarej, PRL-owskiej rzeczywistości. Telewizor był ogromną, brzydką skrzynką, która nagrzewała się tak, że mogła posłużyć za mały piecyk. Wczesne modele były pozbawione pilotów i trzeba było wstawać z fotela, by zmienić kanał lub głośność. Bliżej końca PRL pojawiły się modele z pilotami, ale te były toporne, a do poprawnego działania potrzebowały kilku przyciśnięć. W wielu domach pilot od telewizora oklejony był taśmą. Jeżeli nie dlatego, że się rozpadał, to z pewnością z powodu odpadającej co chwilę klapki od baterii.

W co patrzyliśmy?

W latach osiemdziesiątych dostępnych modeli telewizorów nie było zbyt wiele – w końcu był to okres czerpania garściami z radzieckiej myśli technologicznej oraz krajowych produktów wychodzących spod ręki polskiego rzemieślnika. Oknem na świat (a raczej własne podwórko) dla wielu Polaków był rubin – jeden z popularniejszych modeli tamtego okresu. Potrafił działać przez całe dekady, ale wśród posiadaczy krążyło mnóstwo historii o samozapłonach z powodu przegrzania. Podobno prądu zżerał tyle, że w niektórych domach przygasało światło, a jego drewniana obudowa przyćmiewała swoją brzydotą niejeden PRL-owski regał. Kineskopowy telewizor musiał się również „rozpalić”, co zazwyczaj oznaczało konieczność odczekania kilkudziesięciu sekund po włączeniu, aż obraz pojawi się w pełnej okazałości.

Kineskopowy telewizor musiał się „rozpalić”, co zazwyczaj oznaczało konieczność odczekania kilkudziesięciu sekund po włączeniu, aż obraz pojawi się w pełnej okazałości.

Kineskopowy telewizor musiał się „rozpalić”, co zazwyczaj oznaczało konieczność odczekania kilkudziesięciu sekund po włączeniu, aż obraz pojawi się w pełnej okazałości.

Jednym z najpopularniejszych rubinów był model 714p, obecny w wielu „dużych pokojach”, z obowiązkową serwetą i kwiatkiem lub kryształem postawionym na obudowie. Miał przekątną tylko 24”, ale wcale nie było to małe urządzenie. Ważył aż 57 kg, a gabarytami (55 x 79 x 55 cm) przypominał wielkie kartonowe pudło. Telewizor był czarno-biały, ale po zamontowaniu specjalnego dekodera PAL można było odbierać także programy w kolorze. Te jednak lubiły „oszukiwać” i niejednokrotnie zmieniały się w trakcie trwania programu, a jedynym ratunkiem była ręczna kalibracja, niedostępna dla szarego użytkownika.

Według starych ulotek z końca lat siedemdziesiątych taki sprzęt kosztował 22 000 zł, podczas gdy przeciętne miesięczne wynagrodzenie oscylowało w okolicach 4000–5000 zł. Nie stało to jednak na przeszkodzie tak bardzo, jak mała dostępność telewizorów na rynku w tamtym okresie. Odbiorniki zazwyczaj nie stały sobie, ot tak, w sklepie i trzeba było je zamawiać lub „załatwiać” przy użyciu pośredników i innych tajnych kombinacji. O nowych modelach niejednokrotnie informowały gazety, a standardem było stanie dobę w kolejce tylko po to, aby zapisać się na zakup. Odbiór upragnionego telewizora natomiast następował dopiero po kilku miesiącach. Między innymi z tego powodu po rubiny często jeździło się pociągami do ZSRR, bo tam też można je było łatwiej zdobyć. Nieco bardziej zamożni mogli sobie pozwolić na zakup telewizorów japońskich. Od tego był oczywiście Pewex, gdzie cuda techniki Zachodu można było kupić za dewizy lub dolarowe bony Pekao.

Dziś praktycznie nikt już nie ma telewizora kineskopowego, chyba że ten znajduje się gdzieś w czeluściach piwnicy lub strychu. Te, które się ostały, lądują na śmietniku lub są wystawiane na Allegro w podkategorii Telewizory kineskopowe lub Pamiątki PRL-u.

Dziś praktycznie nikt już nie ma telewizora kineskopowego, chyba że ten znajduje się gdzieś w czeluściach piwnicy lub strychu. Te, które się ostały, lądują na śmietniku lub są wystawiane na Allegro w podkategorii Telewizory kineskopowe lub Pamiątki PRL-u.

Jakie natomiast były polskie konstrukcje? Jowisz i Neptun to dwie najpopularniejsze krajowe marki, w które wpatrywało się nasze społeczeństwo. Neptuny produkowały gdańskie zakłady Unimor, natomiast Jowisze zjeżdżały z taśm Warszawskich Zakładów Telewizyjnych, wcześniej zajmujących się m.in. składaniem z importowanych części niektórych modeli rubinów.

neptun.jpg

Neptuny wyprodukowane po 1979 roku w polskich domach często były obecne aż do upadku PRL. Co ciekawe, część modeli z katalogu Unitry prezentowała się zupełnie inaczej niż w rzeczywistości, a niektóre były nawet całkowicie niedostępne. Jowisze natomiast to przede wszystkim modele 04 oraz 05, które kosztowały nawet tyle, co fiat 126p! Była to wyższa półka telewizorów, dostępna tylko dla nielicznych. Warty zapamiętania jest także ich następca helios, który miał charakterystyczną szufladkę wysuwającą przyciski, gdzie można było zaprogramować ręcznie cztery kanały.

Dlaczego patrzyliśmy?

W czasach PRL dzieciaki wychowywały się na programach takich jak „5-10-15”, który składał się z segmentów przeznaczonych dla widzów w wieku, na który wskazuje tytuł programu. Nieco starsi doceniali „Teleranek”, z charakterystycznym intro z kogutem, a do najmłodszych skierowane było „Domowe Przedszkole” z krasnalem Hałabałą.

Dorośli oglądali natomiast „Dziennik Telewizyjny” będący głównym serwisem informacyjnym. Znanym programem kulturowym był „Pegaz”, świetnie o historii opowiadał Bogusław Wołoszański w „Sensacjach XX wieku”, a spragnieni nauki i nowinek technologicznych siadali przed kultową „Sondą”, która zakończyła swoją emisję tragicznym wypadkiem pary prowadzących. Wśród teleturniejów prym wiodła „Wielka Gra”, gdzie każdy uczestnik musiał wykazać się ogromną wiedzą z zapowiadanego wcześniej tematu, a jury weryfikujące odpowiedź składało się z ekspertów danej dziedziny.

Dla młodych i starych charakterystycznym programem TVP był „Telewizyjny koncert życzeń” polegający na czytaniu nadesłanych pozdrowień z kartki (ah, ten bukiet kwiatów obok prezentera!), a także „Z kamerą wśród zwierząt”, w którym małżeństwo Gucwińskich opowiadało o zwierzętach z wrocławskiego zoo. Wszystko to tworzyło magię ówczesnej telewizji. Wychowani w tamtych latach równie dobrze pamiętają godziny spędzone przed promieniującym telewizorem, co bieganie po podwórku za piłką.

Dlaczego już nie patrzymy?

Dawniej w małych miejscowościach często chodziło się pooglądać telewizję do sąsiada czy świetlicy, ponieważ tylko szczęśliwcom udawało się kupić odbiornik. Dziś płaski LCD stoi niemal w każdym domu. W ciągu ostatnich kilkunastu lat ciekłokrystaliczne ekrany stały się tak powszechne i tanie, że dziś praktycznie nikt już nie ma telewizora kineskopowego, chyba że ten znajduje się gdzieś w czeluściach piwnicy lub strychu. Te, które się ostały, lądują na śmietniku lub są wystawiane na Allegro w podkategorii Telewizory kineskopowe lub Pamiątki PRL-u. Ceny oscylują zazwyczaj w okolicach 100 złotych, ale historyczne perełki kosztują 3–4 razy więcej. Z technologicznego punktu widzenia kineskopowe odbiorniki nie nadają się już zupełnie do niczego, ale jeżeli posiadamy wyjątkowo rzadki i dobrze zachowany egzemplarz, jakiś pasjonat może się nim zainteresować.

Fot. Shutterstock.com

ZSD Nysa – gwiazda polskiej motoryzacji znów popularna
W swoim czasie była rodzimym hitem eksportowym i gwiazdą polskiego transportu, a uzbrojona z milicyjne koguty zyskała niechlubną sławę i niezbyt miłe określenie. Po zakończeniu produkcji można ją było kupić dosłownie za grosze. Dzisiaj dobrze zachowana nysa jest dzisiaj prawdziwym białym krukiem, a co więcej – nawet po latach spełnia swoją rolę. Oto jak można wykorzystać dzisiaj ten samochód.
Fiat 125p – „kanciak”, którego kochają Polacy
Zapytałem właścicieli kultowych już „kanciaków”, jak po latach sprawuje się ten samochód. Jeden z nich dotarł swoim 125p aż na Nordkapp, drugi codziennie wozi turystów po Warszawie, trzeci chce sprzedać swojego za 100 tys. zł. Dowiecie się również, czy można samodzielnie naprawić fiata 125p na dalekiej Północy i dlaczego przy jego zakupie należy bardzo uważać!
Polonez
Polska motoryzacja dziś zatraciła swoją dawną osobowość. Produkujemy auta, w których trudno odnaleźć polskie pierwiastki. Sytuacja, w której najpopularniejszy rodzinny model projektowany był z myślą o naszym rynku raczej nieprędko się powtórzy. Stąd rosnący sentyment do poloneza - samochodu, który przez 24 lata motoryzował Polskę.
Beata Bochińska podpowiada, jak szukać pereł designu
Jeszcze kilka lat temu meble, porcelana czy szkło artystyczne z epoki Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej chętnie zamieniane były na pachnące nowością produkty z sieciowych sklepów z wyposażeniem wnętrz. Obecnie coraz częściej docenia się wzornictwo minionych czasów. O tym, jak i gdzie szukać przedmiotów vintage, rozmawiamy z Beatą Bochińską, autorką książki „Zacznij kochać dizajn” będącej bogato ilustrowanym poradnikiem zarówno dla wytrawnych kolekcjonerów, jak i amatorów.