Design rodem z PRL cieszy się do kilku lat nieustającym zainteresowaniem zarówno koneserów sztuki, jak i osób lubiących otaczać się pięknymi przedmiotami. Wiele dobrego w tym temacie uczyniła wystawa „Chcemy być nowocześni” w warszawskim Muzeum Narodowym w 2011 roku prezentująca dokonania designu z lat 1955–1968, przełomowe jak na tamte czasy, śmiałe i innowacyjne. Pięknu tych rzeczy, ich ponadczasowości udało się choć trochę zatrzeć obraz PRL jako siermiężnej epoki, w której niewiele pod względem kreatywności się działo. A działo się wiele. Polskie fabryki ceramiki, szkła i mebli zatrudniały projektantów, którzy często pamiętając czasy przedwojenne, ożywiali tę estetykę, nadawali jej nowy, awangardowy kształt lub też zupełnie od podstaw tworzyli swój styl. Szczególnie polska ceramika lat 60. i 70. wykształciła go niepowtarzalnym, budzącym dziś zainteresowanie kolekcjonerów sztuki nie tylko w Polsce.

Na zdjeciu: figurki kurka z kogutem, wzór z roku 1957, projektant: Lubomir Tomaszewski. Fot. Fabryka Porcelany AS Ćmielów

– Powodów, dla których polski design nareszcie zyskuje należny mu podziw, jest kilka. Jednym z ważniejszych jest fakt, że młodsze pokolenie nie kojarzy go tak mocno z czasami, z których pochodzi i potrafi docenić piękne formy w oderwaniu od kontekstu, który dla naszych rodziców jest nieodłączny. Co więcej, oryginalne projekty okazały się ponadczasowe i przedmioty te po latach bronią się fantastyczną formą, idealnie współgrającą z nowoczesnymi wnętrzami. Na pewno nie bez znaczenia jest fakt, że perełki PRL są coraz trudniejsze do zdobycia, zatem ich posiadanie to kontra wobec wszechobecnych mebli i dekoracji z sieciówek. Dla mnie zaś najważniejsze są emocje, jakie wzbudzają przedmioty, które pamiętam z dzieciństwa – dzięki nim we własnym domu czuję się najlepiej – mówi Emilia Obrzut, właścicielka patyna.pl, prowadząca na Facebooku fanpage Wysoki Połysk.

Największym problemem dla projektantów tworzących w czasach PRL nie było zdobycie potrzebnych do wykonania przedmiotów tworzyw. Stanowiła go bariera mentalna, podszyta polityczną chęcią równania wszystkiego do jednego. Niektóre z projektów – jak na przykład kultowy dziś fotel 366 projektu Józefa Chierowskiego – powstały przez przypadek… I wypadek. Pewnego dnia Dolnośląską Fabrykę Mebli w Świebodzicach, w której pracował projektant, strawił pożar, niszcząc część hali produkcyjnych. Zakład podjął decyzję o natychmiastowym wdrożeniu do produkcji prostego i łatwego w montażu fotela. Czasem i 366 dni w roku można było cieszyć się meblem, który pasował praktycznie do każdego rodzaju wnętrza. Od niechcenia Chierowski stworzył arcydzieło prostoty i funkcjonalizmu, które po latach doczekało się kontynuacji w postaci wykupienia praw autorskich od rodziny projektanta i stworzenia marki 366 Concept Design & Lifestyle. Jednak równie dużym zainteresowaniem cieszą się oryginalne chierowskie, często pojawiające się na Allegro, zarówno w stanie pierwotnym, jak i tym odnowionym, dopieszczonym przez osoby, które widzą w tym meblu geniusz prostoty, jak w przypadku Moniki Lipińskiej, prowadzącej WOODju - firmę zajmującą się renowacją mebli.

– Najczęściej odnawianym przeze mnie modelem fotela jest model 366 projektu Józefa Chierowskiego z 1962 roku (zrobiłam ich już prawie 70). Jest to projekt na swoje czasy dość futurystyczny – większość foteli z tego okresu wpisuje się w bryłę sześcianu, siedziska są „kwadratowe”, a drewniana rama dość prosta. 366 charakteryzuje się niesamowitą proporcją i delikatnością. Skośne nogi, owalne podłokietniki współgrają genialnie z lekko zaokrąglonymi narożnikami siedziska i trapezowatym oparciem, w którym należy też zwrócić uwagę, że nie jest płaskie. Sama konstrukcja drewnianego stelaża siedziska jest tak wyprofilowana, aby nakładane warstwy pianki pod tapicerką układały się płynnie na krawędziach. Fotel jest filigranowy, a jednocześnie niesamowicie „anatomiczny” i wygodny. Przede wszystkim zaś 366 jest ponadczasowy – bez problemu można go zestawiać z meblami nowoczesnymi i skandynawskimi. Pewnie dlatego też jego cena, nawet przy dość mocno zniszczonym egzemplarzu, osiąga nadal wysokość 200–300 zł – mówi Monika Lipińska .

Polski design lat 50., 60. i 70. doczekał się wielu wybitnych projektantów, na długie lata zapomnianych, których nazwiska dopiero teraz sobie przypominamy lub poznajemy, przy okazji próbując odgadnąć, jaka myśl kryła się za wykonaniem danego przedmiotu. Najciekawszym tropem jest chyba zastanowienie się, czy mamy do czynienia z typowo „polską myślą technologiczną”, czy też projektanci mieli jednak jakąś styczność z zachodnimi wpływami i próbowali je „spolonizować”. Zobaczmy lampy projektu Apolinarego Gałeckiego – powstańca warszawskiego, więźnia obozów koncentracyjnych, który po wojnie ukończył wydział Architektury Politechniki Warszawskiej i został jedynym projektantem Stołecznych Zakładów Metalowych. Dziś taki styl nazywamy skandynawskim, ale kiedyś był to po prostu styl Gałeckiego.

– Projekty Gałeckiego cechowały bardzo proste konstrukcje i wygodne rozwiązania funkcjonalne. Mimo ograniczeń materiałowych – większość lamp wykonana była z blachy – projektant dbał o estetyczne i wręcz dekoracyjne wykończenie detali. Lampy jego projektu najczęściej były niewielkie, lekkie i nadawały się do małych mieszkań – mówi Beata Bochińska, historyk designu i kolekcjonerka, autorka bestsellerowego poradnika „Zacznij kochać dizajn. Jak kolekcjonować polską sztukę użytkową”.

Często projektanci po wymyśleniu przez siebie formuły i nowatorskiego podejścia nie ograniczali się do wykonania jednego przedmiotu. Tak było w przypadku Jana Sylwestra Drosta, na którego cykl Asteroid złożyły się salaterki, wazony, talerze i patery.

Powstały w latach 1972–1975 projekt przywracał do łask po latach zapomnienia oraz bagatelizowania i niechęci szkło prasowane. O pracach Drosta zrobiło się głośno na początku lat 70., kiedy projektant otrzymał stypendium w Szwecji, które pozwoliło mu na udoskonalenie techniki. Cykl do połowy lat 80. produkowany był przez Hutę Szkła Gospodarczego Ząbkowice w Dąbrowie Górniczej. – To światowej klasy projekt eksponowany w Corning Museum of Glass w Nowym Jorku i zarazem doskonały przykład bardzo dobrego wykorzystania możliwości, jakie daje technologia szkła prasowanego. Zestaw nawiązuje do mgławicy asteroidów dzięki zastosowaniu w projekcie nierównomiernego rozłożenia drobnych owalnych wypustek aż do samych obrzeży naczyń. Nierównomierne i ciekawie zastosowane rozłożenie dekoracji na całym naczyniu oraz nietypowe rozwiązanie kolistych wazonów spowodowało, że Asteroid otrzymał złoty medal i nagrodę na II Międzynarodowej Wystawie Szkła i Porcelany w Jabłoncu w roku 1976 – mówi Beata Bochińska.

Kto wie jednak, czy zapytani o to, z czym ci się kojarzy design PRL, nie wskażemy jednej odpowiedzi: figurki z Ćmielowa! Czy z Ćmielowa, czy Chodzieży, Pruszkowa czy Bogucic, projektu zawsze kwartetu: Hanny Orthwein, Henryka Jędrasiaka, Lubomira Tomaszewskiego i Mieczysława Naruszewicza, produkowane w latach 1956-1965, cieszyły oko już wtedy, redefiniując pojęcie tego czym jest figurka porcelanowa.

Na zdjeciu: figurka kot, wzór z roku 1958, projektant: Mieczysław Naruszewicz. Fot. Fabryka Porcelany AS Ćmielów

Inspiracją dla projektantów był przede wszystkim świat przyrody – większość ze zgromadzonych na stałej wystawie prezentującej dorobek projektantów w stołecznym Instytucie Wzornictwa Przemysłowego stanowią figurki zwierząt. Ich opływowe kształty, ledwo czasem przywodzące na myśl, z jakim zwierzęciem mamy do czynienia, były po prostu unikalne na tamte czasy, a i dziś budzą podziw dla artystycznej maestrii i nieoczywistości. Od tej pory figurka porcelanowa stała się sztuką. I to przez duże „sz”. Dziś zakład porcelany w Ćmielowie świadom artystycznej wartości figurek produkuje je na nowo.

Na zdjęciu: koguty, wzór z roku 1956, projektant: Henryk Jędrasiak. Fot. Fabryka Porcelany AS Ćmielów

– Polski design lat 50., 60. i 70. był niezwykle twórczy. Setki projektantów pracowały dla naszego przemysłu, eksperymentując bezustannie z różnymi technologiami – stąd bogactwo wielu form i dekoracji z tego okresu. Dzisiaj te obiekty są poszukiwane przez kolekcjonerów nie tylko z Polski, ale i Japonii czy USA. Poza dużą ilością dostępnych technologii, w polskich fabrykach w tym okresie, nasze przedmioty codziennego użytku cechowały niezwykle interesujące projekty. Wynikało to z tego, że większość naszych projektantów kończyła wcześniej artystyczne szkoły wyższe i bardzo dbała o stylistykę, a nie tylko funkcjonalną stronę masowej produkcji. Poza tym w Polsce tamtego okresu istniał system wsparcia dla wzorcowni i modelarni przyfabrycznych, które mogły korzystać z korekt i współpracy Instytutu Wzornictwa Przemysłowego w Warszawie. Liczne nagrody i fakt, że sporo naszych obiektów znajduje się w kolekcjach muzealnych, dowodzi wysokiej jakości tych przedmiotów. Książka „Zacznij kochać dizajn”, którą napisałam w zeszłym roku i która zyskała status bestsellera w trzy miesiące, pokazuje, jak duże jest obecnie zainteresowanie kolekcjonowaniem sztuki użytkowej tego okresu i również jak modny to temat w nurcie wyposażenia wnętrz współczesnych – mówi na koniec Beata Bochińska.

Fot. Shutterstock.com

Joanna Jasikowska

magazyn@allegro.pl

Powiązane artykuły

Skarby ze strychu
Wiosenne porządki prowokują do wyrzucania używanych rzeczy, które zalegają na strychach, w piwnicach i pawlaczach. Stop! Zanim wyrzucisz, sprawdź, czy nie znalazłeś właśnie skarbu. Moda na design z lat PRL sprzyja bogaceniu się na babcinych sprzętach. 
Blogerki polecają najlepsze książki dla dzieci 2016 roku
W Polsce wydawanych jest coraz więcej ciekawych książek dla najmłodszych. Jak spośród mnogości tytułów wybrać pozycje, które będą dobrze zaprojektowane, mądrze napisane oraz pięknie zilustrowane? Warto posiłkować się branżowymi rankingami oraz opiniami ekspertów i innych rodziców. Sprawdziliśmy, które tytuły literatury dziecięcej wydane w 2016 roku poleciłyby Wam mamy blogerki. 
Obrać, wycisnąć i zjeść – idealne narzędzia do rozprawienia się z czosnkiem
Kuchnia bez czosnku byłaby nudna, jednak jego obranie to utrapienie. Z okazji przypadającego 19 kwietnia Międzynarodowego Dnia Czosnku prezentujemy produkty, które pomogą wydobyć z niego to, co najcenniejsze.
10 polskich płyt CD, które zostały sprzedane na Allegro za duże pieniądze
Wydany w nakładzie zaledwie 500 egzemplarzy singiel „Slim Shady EP” Eminema jest dziś wart blisko 50 000 złotych. Płyty polskich wykonawców, jak na razie, nie mogą pochwalić się takimi rekordami, ale i wśród nich nie brakuje krążków osiągających ceny przyprawiające o zawrót głowy. Przedstawiamy 10 polskich płyt CD, które zostały sprzedane na Allegro za naprawdę duże pieniądze.