Można też nie radzić sobie ze sterowaniem i zjechać w poprzek albo można to zrobić specjalnie. Można poczekać spokojnie, aż ktoś nas odepchnie albo najpierw popchnąć sanki, a potem na nie wskoczyć, można hamować podeszwami butów albo pozwolić się ponieść stokowi. Są zwolennicy superszybkich ślizgaczy nowej generacji i sanek przekazywanych z pokolenia na pokolenie.

Warto więc wyjąć sanki z pawlacza albo kupić nowe i wyjść na stok. Jak opowiada nam Łukasz Stawisiński, szef kategorii Sport i wypoczynek w Allegro, sprzedaż sanek w tym sezonie wzrosła aż o 136% w porównaniu z zimą 2015/2016!

Wynalazek starszy niż koło

Trudno powiedzieć, kiedy dokładnie powstały, bo sanie były z nami od zawsze. Starsze niż koło, służyły do transportu, nie da się więc jednoznacznie określić, kiedy ktoś na nich zjechał dla zabawy, zamiast załadować na nie skóry i drewno. Prawdopodobnie miał wielu następców, ale oficjalna historia jazdy na sankach zaczyna się dopiero w XIX wieku.

Pierwszą wzmiankę o saniach, wykorzystywanych do transportu przez Germanów, znajdziemy u Plutarcha z II wieku n.e., ale wiemy, że dużo wcześniej (np. już w czasach starożytnego Egiptu) oraz później i w wielu miejscach na świecie (oprócz miejsc oczywistych ze względu na klimat jak Syberia, a także w Chinach w XVI w. podczas budowy Zakazanego Miasta) sań używano do transportu. Cztery drewniane, pięknie zdobione sanie znaleziono na wikińskiej łodzi z Oseberg z IX wieku. Były one ciągnięte przez człowieka, nie zwierzę. A stąd już bliżej do popuszczenia wodzy fantazji oraz pierwszego zjazdu w dół stoku.

adorable-1850003_1920.jpg

Tak właśnie zrobił feldmarszałek August Wilhelm Antonius graf Neidhardt von Gneisenau, który zjechał z Przełęczy Okraj w Karkonoszach. Stwierdził, że zjazd taki to wielka radość, która wkrótce stanie się powszechną modą. Był rok 1817 i feldmarszałek się nie pomylił, jednak, trzeba przyznać, że długo nam, jako ludzkości, zajęło odkrycie niepowtarzalnej radochy związanej ze zjeżdżaniem z górki.

Zresztą sanki wywołują nie tylko radość, ale i ducha rywalizacji. Niektórzy podeszli do sprawy dużo poważniej, bo niedługo po zjeździe feldmarszałka pojawiło się saneczkarstwo. Niegdyś wierzono, że wywodzi się ono z zabaw dziecięcych, ale według najnowszych teorii narodziło się wraz z saniami rogatymi. Zimą przewożono na nich siano i drewno w Alpach, zresztą do dziś organizowane są tam zawody tychże sań. Większą popularnością cieszyły się jednak zjazdy na sankach sportowych. I tak, w 1883 roku student z Australii George Robertson wygrał pierwszy wyścig saneczkarski w Davos w Szwajcarii. Zjeżdżając na tradycyjnych drewnianych saniach, do dzisiaj w tamtych rejonach zwanych davoserkami, wyprzedził zawodników z Anglii, Niemiec, Holandii, Szwecji i Szwajcarii.

Saneczkowe (r)ewolucje

Tradycyjne sanki, nie dla profesjonalistów, tylko dla pierwszych turystów uzdrowisk Klosters-Davos, wykonane były z drewna jesionowego lub bukowego, natomiast ich płozy obite były paskiem żelaznej blachy. Ich pierwowzór powstał w St. Moritz w 1870 r. i przyjął się równie szybko, jak można było na nich zjechać. Zaledwie pięć lat później powstał pierwszy bobslej, czyli sanki sportowe z kierownicą i hamulcem, przeznaczone do zjazdów torowych.

slide-1934695_1920.jpg

Wszystko to zbiegło się w czasie. Według innej wersji zdarzeń (wcale się niewykluczających), sanki to dalecy kuzyni fotelów bujanych. Pewnego razu stolarz Michael Thonet z Nadrenii doznał olśnienia i z biegunów fotela zrobił płozy, a z oparcia siodełko i tak od połowy XIX wieku dzieci cieszyły się sankami podobnymi do tych dzisiejszych. W podobnym okresie, ale na innym kontynencie, niejaki Henry Franklin Morton ze stanu Maine nie mógł znaleźć pracy i ostatecznie postanowił zająć się produkcją sanek. To był strzał w dziesiątkę. Chłopcy lubili wersję clipper bez oparcia, na której można było zjeżdżać „na śledzia”, a dziewczynki wersję cutters, z oparciem wymalowanym w kwiaty.

Sankom, które dziś zjeżdżają z osiedlowych górek, najbliżej jednak do modelu flexible flyer, opatentowanego w 1889 w stanie New Jersey w Stanach Zjednoczonych. Zmiana była rewolucyjna, ponieważ flexible flyer dają się sterować. Innymi popularnym rodzajem sań jest tobogan wywodzący się z kultury Innuitów z północnych krańców Kanady. Tobogany mają łódkowaty kształt i szerokie dno, używane są głównie w ratownictwie górskim, chociaż dzieci z Kanady jeżdżą na toboganach do dziś. Jeżeli macie ochotę wyróżnić się na stoku odrobiną egzotyki, proponujemy zaopatrzyć się w ten oryginalny model:

Klasyczne drewniane sanki nie wychodzą z mody, ale powoli zaczęły je doganiać współczesne warianty ślizgaczy i „jabłuszek”. Obserwując osiedlowe stoki, mam wrażenie, że jadą łeb w łeb. Wykonane z lekkiego plastiku, szybkie, wygodne do przenoszenia, są kolejnymi etapami saneczkowej ewolucji. Wybór jest naprawdę ogromny, od okrągłych przez podłużne, z płozami, z kierownicą, grubsze, cieńsze, mniejsze i większe.

slide-81387_1920.jpg

Autorka bloga parentingowego Matka Sanepid opowiada mi, że jej dzieci jeżdżą na sankach, które mają 60 lat: – Mój tata dostał je, kiedy był mały i jeździł na nich razem z bratem. Później jeździłam na nich ja i moja siostra, teraz zjeżdżają na nich moje dzieci – mówi blogerka.

Sanki Matki Sanepid są wielofunkcyjne, bo oprócz wykorzystania na stoku, w tym roku posłużyły także za stojak pod choinkę. Można by pomyśleć, że autorka jest fanką starych, tradycyjnych sań, przyznaje jednak: – Ja najbardziej lubię zjeżdżać na takiej wielkiej plastikowej misce, którą mój mąż znalazł na wystawce w Holandii – opowiada. Dzieci na sześćdziesięcioletnich sankach, mama na superszybkim plastikowym ślizgaczu – to jest dopiero jazda.

Inna mama, Katarzyna Bonczek, prowadząca bloga Kantorek Katiuszki, opowiada, czym się kierowała przy zakupie sanek: – Wybierając sanki dla Mai, postawiłam na praktyczność i zdecydowałam się na sanki składane. Idealne do naszego mikromieszkania. Miałam trochę obaw, ale niepotrzebnie. Są świetne, solidne i, co najważniejsze, nie muszę się martwić, co zrobię z nimi latem. Zajmują tyle miejsca, co złożona deska do prania – wyjaśnia swój wybór.

Modele klasyczne zresztą też się od siebie różnią. Jeżeli więc nie przechowujecie sanek z dzieciństwa w pawlaczu czy na strychu, możecie kupić nowe: z oparciem lub bez, na drewnianych płozach obitych blachą lub na płozach drewnianych, z pchaczem i bez.

Jazda bez trzymanki

W XVI wieku, podczas wspomnianej już budowy Zakazanego Miasta w Pekinie, powierzchnię specjalnie pokryto lodem i niekiedy sprawiało to spore trudności. Problemem nie było wciągnięcie sani w górę, ile zapanowanie nad rozpędzonymi saniami, kiedy jechały w dół. Od tamtego czasu niewiele się zmieniło i zapewne za to kochamy sanki najbardziej. Zabierajcie pociechy albo dzwońcie po znajomych i idźcie na górkę. A kiedy już staniecie na szczycie, pamiętajcie, że ten pierwszy zjazd jest kluczowy. Postawcie nogi na płozach, chwyćcie za sznurki i odepchnijcie się mocno. Nie zapomnijcie krzyczeć i zamknąć oczu, postarajcie się także nie wylądować w zamarzniętym parkowym stawie. To jak? Jeszcze raz?

Katarzyna Belczyk

magazyn@allegro.pl